Przenosiny (całego) bloga

 

ZAPRASZAM POD NOWY ADRES:   

http://setna-strona.blogspot.com/

Na nową Setną stronę przeniesiony jest cały blog (wszystkie posty) z Książki na półce. Zapraszam do obserwowania, dodawania do blogrolla i komentowania nowych postów!

Proszę trzymać się mocno i zapiąć pasy: zaraz nastąpi automatyczne przekierowanie na nowy adres :D

Czterech - Grzegorz Chlasta

Wydawnictwo Czarna Owca wypuściło interesującą serię dla osób, które od literatury faktu oczekują czegoś więcej niż reportaży, które chcą być na bieżąco z polityką oraz historia najnowszą. Kolejna po Ostatnim samuraju (rzecz o Sławomirze Petelickim), czy wywiadzie-rzece z Aleksandrem Makowskim Zawód: szpieg, jest książka o narodzinach UOPu: Czterech.
Urząd Ochrony Państwa uformowany został w 1990, istniał zaledwie dwanaście lat, po czym wyewoluował w dwa osobne twory: Agencję Wywiadowczą oraz Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego. 
UOP de facto został stworzony przez czterech ludzi o odmiennych charakterach, różniących się stosunkiem do świata, jednak mających na celu dobro kraju, który po przemianach ustrojowych targany był poważnymi kryzysami, szczególnie na wysokich, politycznych szczeblach. Brochwicz, Miodowicz, Sienkiewicz oraz Niemczyk stanowili trzon nowo powstałego organu. Pierwszym dyrektorem UOPu był Krzysztof Kozłowski. O samych początkach współpracy z Kozłowskim Bartłomiej Sienkiewicz mówi: Wszyscy mu odmawiali. Łowił - w sensie dosłownym - ludzi do tego resortu. Chodził, prosił, namawiał, lecz nikt nie chciał się zgodzić. Każdy  odpowiadał: daj spokój, do jakiego szamba ty mnie zapraszasz?!... A on cierpliwie powtarzał, że w każdym domu, nawet najporządniejszym, a Polska nie była wtedy porządnym domem, ktoś musi czyścić sanitariaty. Samo się nie zrobi. I nagle znalazł takich paru frajerów, szaleńców, nie wiem, jak to nazwać - poszukiwaczy przygód. Ci powiedzieli: zgoda!
Przez sito weryfikacji nie przeszedł co czwarty funkcjonariusz. Także metody pracy musiały się radykalnie zmienić.
Czterech Grzegorza Chlasty składa się z wywiadów przeprowadzonych z Wojciechem Brochwiczem, Piotrem Niemczykiem oraz z - ostatnio "na topie" Bartłomiejem Sienkiewiczem, a także wypowiedzi zaczerpniętych z Wszystko zaczęło się w Krakowie autorstwa Konstantego Miodowicza (Miodowicz zmarł w zeszłym roku, nie mógł więc dokończyć udziału w książce) zamieszczonego w Przeglądzie Bezpieczeństwa Wewnętrznego. 
W Czterech nie zabraknie "momentów" takich jak sławna instrukcja 0015, czy tajemnicza "szafa Lesiaka". Warto przyjrzeć się tej publikacji, bo dokłada czytelnikowi kolejny kamyczek do koszyczka wiedzy o Służbach Specjalnych.

 Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca.

Thomas Hardy



Thomas Hardy, zdjęcie z Wikipedii

Dzisiaj przypada rocznica urodzin mojego ukochanego powieściopisarza, Thomasa Hardy'ego. W jego prozie zakochałam się będąc na studiach i czytam ją chętnie do dziś. Myślę, że to się nie zmieni. Moją najukochańszą powieścią (taką, co to się ją zabiera na "bezludną wyspę") jest Z dala od zgiełku tłumu, którą czytałam trzy razy po polsku i raz w oryginale. Oczywiście widziałam również ekranizację z Alanem Batesem w roli Oaka, i już czekam na przyszłoroczną odsłonę z Carey Mulligan w roli Batszeby Everdane.

Thomas Hardy, pisarz i poeta angielski przyszedł na świat 2 czerwca 1840 roku w Higher Bockhampton, miejscowości położonej niedaleko Dorchester w hrabstwie Dorset (w powieściach Hardy’ego utrwalone jako Wessex). Thomas Hardy senior był miejscowym mistrzem murarskim. Matka, Jemima zajmowała się edukacją małego Thomasa podsuwając mu klasykę literatury, między innymi Wergiliusza. Na przyszłe zainteresowania chłopca miała wpływ również babka pisarza, Mary Head, której dar żywego słowa dał początek większości opowieści snutych na kartach późniejszych książek. 
Lata 1849-1856 Hardy spędził w szkole średniej, następnie na wyraźnie życzenie ojca zaczął terminować u architekta i konserwatora kościołów, Johna Hicksa. Niedługo później zaczął tracić wzrok – być może za sprawą złego oświetlenia w pracowni i przemęczenia. Hardy rzucił więc architekturę dla literatury, którą kochał od dawna. Chwała Bogu, wzrok zaczął się polepszać i do końca życia Hardy'ego pozostawał sprawny.
Najbardziej znany z powieści, zaczął Hardy swoją przygodę z literaturą od poezji. Do której wrócił dopiero pod koniec życia. Pierwszą opublikowana powieścią były wydane w 1871 roku Rozpaczliwe lekarstwa, lecz pierwszą, która odniosła sukces była sielanka Pod drzewem pod zielonym, wydana rok później. Kolejnymi były rozgrywające się w Wessex Z dala od zgiełku tłumu,  Powrót na wrzosowisko, Burmistrz Casterbridge, Tess d’Urberville (rozsławiona przez film Romana Polańskiego w 1979), oraz Juda nieznany, który wydany w 1895 roku wywołał liczne kontrowersje.  
Późne powieści Hardy’ego są niezwykle realistycznym zapisem stanu kultury socjalnej czasu panowania królowej Wiktorii. Hardy widział podziały i niesprawiedliwość społeczną, sytuację materialną kobiet, oraz zaściankową mentalność. W swoich powieściach nierzadko poruszał problemy będące ówcześnie tematem tabu – nieślubne potomstwo (Juda nieznany), gwałt, oraz zniewolenie kobiet (Tess d’Urberville), elitarność nauki (Juda nieznany), emancypacja kobiet (Batszeba z powieści Z dala od zgiełku tłumu odprawia nieuczciwego ekonoma i sama prowadzi gospodarstwo, również pojawia się na giełdzie zbożowej zdominowanej przez mężczyzn).
Thomas Hardy zmarł 11 stycznia 1928 w Dorchester.   


Egzotyczne warzywa, Egzotyczne rośliny lecznicze - Teresa Lewkowicz - Mosiej

Kochani, chciałabym Wam polecić dwie książki, które powinny znaleźć się w każdym domu. Niedawno pisałam o książce Owoce egzotyczne Teresy Lewkowicz-Mosie. w tej samej serii Wydawnictwo M wydało Egzotyczne warzywa oraz Egzotyczne rośliny lecznicze. Książki są nie tylko nasycone informacjami dotyczącymi różnych gatunków roślin jadalnych, ale i ładnie wydane; każdy rozdzialik poprzedza rycina przedstawiająca ten czy inny gatunek. 
We wstępie do Egzotycznych warzyw Teresa Lewkowicz-Mosiej pisze: Bardzo trudno jest ująć w słowa smak, aromat i strukturę roślin egzotycznych  rożnych stref klimatycznych całego świata. Być może przekracza to granice wyobraźni, ale można się pokusić o próbę uchwycenia ich różnorodności. Spróbujmy jednak poznać ich historię, morfologię i skład chemiczny tych darów natury i dowiedzieć się, jakie mają zastosowanie w dietetyce, w lecznictwie i w kuchni.
O ile większość owoców egzotycznych bez problemu można dostać w pierwszym lepszym markecie nawet na prowincji, to z warzywami sprawa nie jest już taka prosta. Chociaż wierzę, że to się zmieni, bo czytając o dietetycznej bulwie japońskiej, czy owocach chleba świętojańskiego zapragnęłam po nie sięgnąć; nazwa chleba świętojańskiego została zaczerpnięta od Jana Chrzciciela, który na pustyni prócz miodu i szarańczy sięgał po ten owoc. Warto również dodać, że chleb świętojański jest wykorzystywany jako substancja pomocnicza do wyrobu leków ze względu na carubin, który zwiększa lepkość leków.
Dynia jadalna (staram się podawać przykłady warzyw, które powszechnie znamy) jest nie tylko smacznym warzywem, ale i źródłem witamin i minerałów, miedzy innymi potasu, który pobudza pracę serca, związki wapnia, magnezu, fosfor, prowitaminę A, oraz pektynę, która przeciwdziała miażdżycy i otyłosci.
Na świecie doliczono się przeszło 230 gatunków fasoli, liście lotosu orzechowego dochodzą do dwóch metrów rozpiętości, a nazwa popularnego i u nas awokado brzmi smaczliwka właściwa, a roślina ta znana jest od 9000 lat! Z książki dowiemy się co odróżnia oliwę dziewicza od oliwy nicejskiej, a na bakłażana po stambulsku już ostrzę sobie ząbki. Bowiem Warzywa zawierają także przykładowe przepisy z wykorzystaniem poszczególnych roślin.
Kolejną książką Teresy Lewkowicz-Mosiej jest Egzotyczne rośliny lecznicze. W tym przypadku również mamy historię, wykorzystanie, a także wykładnię jak należny się opiekować aż czterdziestoma gatunkami roślin o rożnym stopniu trudności uprawy. Dostajemy poprady jak na przykład wyhodować własnoręcznie kawę arabska (arabicę), której ziarna można wypalić a następnie cieszyć się smakiem w domowym zaciszu. 
I tak: sok z liści agawy może nam posłużyć do nacierania reumatycznych miejsc, a pokrojone liście można przyłożyć na trudno gojące rany. Meksykanie znaleźli inny sposób na wykorzystanie agawy... nacierają się nią "od środka", bowiem sfermentowana agawa to nic innego jak tequila. Aloes obejmuje aż 180 gatunków tej rośliny. Ananas jest dobry na przeziębienie, bo obniża temperaturę ciała - to dopiero litera A. W kolejnych rozdziałach "lecą" między innymi: cząber, estragon, figowiec, eukaliptus. Uprawa tych pożytecznych roślin może być dobra alternatywą dla wszechobecnych trzykrotek, zielistek, czy paprotek. 

Za możliwość poszerzenia wiedzy serdecznie dziękuję:


Grona gniewu - John Steinbeck

Na lata 20-te ubiegłego wieku przypadają czasy niezwykłej prosperity w Stanach Zjednoczonych. Farmerzy brali masowo kredyty pod zakup nowoczesnych maszyn rolniczych lub dokup ziemi do wciąż powiększających się farm. Ziemia rodziła bawełnę wielką jak wata cukrowa, zborze zapełniało silosy, a ludziom żyło się dostatnio. Jednak nic nie trwa wiecznie - olbrzymia bańka spekulacyjna pękła, nastąpił krach na giełdzie (słynny czarny czwartek - 24 października 1929 r., którego powtórkę mieliśmy w postaci pęknięcia bańki internetowej na początku XXI-go wieku, oraz bańki spekulacyjnej w handlu nieruchomościami kilka lat później). Nadeszły cięższe czasy i wielu farmerów, szczególnie tych mniejszych zostało wyrugowanych z farm przez banki domagające się spłaty kredytów. 
Niestety i sama natura zemściła się na ekspansywnej gospodarce człowieka - pola zostały wyjałowione (nie znano w USA naszych słynnych trójpolówek, ziemia nie miała kiedy odpocząć) i z początkiem lat 30-tych stany Nowy Meksyk, Colorado, Kansas, Teksas i w szczególności Oklahomę nawiedziło zjawisko zwane Dust Bowl (TU można obejrzeć film dokumentalny). Dust Bowl to burze piaskowe spowodowane erozją gleby oraz silną suszą. Chmury piachu były tak ogromne, że 14 kwietnia 1935 roku jedna z takich chmur z prędkością stu kilometrów pognała z serca Oklahomy do Kanady!


W ciągu zaledwie kliku lat poznikało większość farm ze środkowych stanów USA. Nastąpił masowy exodus pozbawionych środków do życia rodzin. Farmerzy wyprzedawali resztki ruchomego dobytku za garść dolarów, byleby mieć na benzynę i ruszyć do Kalifornii, w której mieli nadzieję rozpocząć nowe, lepsze życie. Jednak znój drogi i kończące się pieniądze wymuszały na większości życie tułacze; spano w namiotach, w tak zwanych Hooverville, czyli nielegalnych obozach migrującej biedoty. Migrantów czekał ostracyzm mieszkańców miast i wiosek, w których się zatrzymywali.

Wielka depresja, migracja tysięcy głodnych rodzin zostały udokumentowane między innymi na zdjęciach amerykańskiej fotograf Dorothei Lang. Jest autorką słynnego zdjęcia Migrant Mother, na którym znalazła się Florence Owens Thompson w otoczeniu dzieci. O mało włos zdjęcie nie powstałoby - Lang, po całodziennym fotografowaniu pracujących na polach bawełny jechała właśnie do motelu, kiedy zjechała z drogi, by przystanąć przy samotnym namiocie. Tu właśnie Owens czekała na męża i najstarszego syna, którzy wyruszyli w poszukiwaniu części do zepsutego samochodu, by móc ruszyć dalej za chlebem. Lang opublikowała zdjęcie Owens; kobieta ze zdjęcia zwana Migrant Mother stała się ikoną Wielkiego Kryzysu, jego symbolem cierpiącym w milczeniu.

Właśnie o takiej rodzinie pisze John Steinbeck w Gronach gniewu. Kilkunastoosobowa rodzina poczciwych farmerów zostaje wyrugowana z własnej ziemi. Zalegają bankowi spłatę kredytu, a bank to nie człowiek, nie da się z nim nic polubownie. Wysiedlona zostaje cała okolica, a ziemia zaorana przez "bankowy" ciągnik będzie rodziła "bankową" bawełnę.
Joadowie sprzedają wszystko, czego nie mogą zabrać ze sobą i jadą pickupem drogą 66 do Kalifornii; każdy z migrantów widział ulotki informujące o pracy od zaraz na plantacjach pomarańczy. Można będzie zarobić i godnie żyć... Niestety z pracą jest coraz gorzej: wielu takich Joadów się znajdzie, a skoro pracowników są tysiące, praca może być niemiłosiernie tania, źle opłacana: jeśli nie ty, to na twoje miejsce są setki Oklaków... (skąd my to znamy?!) Wreszcie Joadowie trafiają na plantację pomarańczy, gdzie cała rodzina pracując od rana do nocy zarobiła akurat tyle... by zaopatrzyć się w lichą kolację kupioną w sklepie prowadzonym przez samego plantatora.
Steinbeck opisuje degradację i rozpad rodziny, która jednak mimo wszystko trzyma się jakichś głębszych wartości: wyrzutkom, takim jakimi są Joadowie mogą pomóc tylko tacy sami jak oni - im ktoś ma mniej, tym chętniej pomoże.
Myślę, że dużo się wie o głodzie w Irlandii (zaraza ziemniaczana w XIX wieku), głodzie na Ukrainie, ale nie każdy wie, że USA również mają tę ciemną plamę na kartach historii. Grona gniewu zrobiły na mnie ogromne wrażenie, a ten post jest wynikiem moich poszukiwań. Steinbeck nie pozostawia obojętnym. Do tego temat jest tak niezwykle aktualny: może nie ma u nas głodu, nie musimy migrować, ale w postępowaniu plantatorów jest coś ponadczasowego (niestety).
Sama opowieść - nie chcę oczywiście zdradzać szczegółów - kończy się małą iskierką nadziei: tym promykiem jest ludzka dobroć i bezinteresowność. Warto przeczytać, warto!


Zdjęcie jest mojego autorstwa. Chciałam czymś zilustrować moją wypowiedź, więc proponuję zdjęcie inspirowane Dust Bowl i Gronami gniewu.

Co robię, kiedy nie jestem zajęta czytaniem?

Właściwie to będzie takie małe pozaksiążkowe podsumowanie ostatnich dwu-trzech miesięcy. Po pierwsze chciałam się pochwalić relacją z OFPY, którą napisałam na potrzeby Zalewu Kultury: TU. Pomagałam przygotować wernisaż Agnieszki Brzezińskiej W bajce, który odbył się 1-go kwietnia (zdjęcia TU). W bibliotece wysłuchałam wykładu profesora Rotta o Kubie Hemingwaya (info TU), a potem szybciutko przedreptałam na drugą stronę ulicy na film Witaj w klubie.
Miła niespodzianka czekała nas w niedzielę palmową: na mszy zjawili się goście z Peru w swoich barwnych strojach. Modesto, wydelegowany jako najstarszy z czworga młodych ludzi zwierzył się, że najbardziej w Polsce podoba mu się... kołocz z serem. 

Muzeum w Gliwicach Zameczek Piastowski.

Zrobiliśmy sobie także kilka wycieczek: od pikniku w wiacie przy jeziorku, przez Tropikalną wyspę w Marklowicach, po większy wypad do gliwickiego muzeum Zameczek Piastowski, na Pszczynie skończywszy.

Wnętrze Pałacu w Pszczynie
Kiedy pogoda nie dopisuje wyjmujemy drewniane klocki, albo budujemy wigwam z koca, układamy literki, gramy w domino, warcaby, albo robimy wykopaliska:)
Miasteczko z drzewami-szyszkami


Egzotyczne owoce; właściwości lecznicze i zastosowanie - Teresa Lewkowicz-Mosiej

Kiedy byłam mała z owoców tropikalnych były tylko cytrusy. A i tylko od wielkiego dzwonu, bo wiadomo - były to owoce sezonowe. Dzisiaj mamy w sklepach, szczególnie w delikatesach istne zatrzęsienie coraz to nowych dla nas i mało znanych owoców, których nazwy, owszem, się nam może obiły przy okazji reklam soków, ale czym to się je?
Książka Teresy Lewkowicz-Mosiej Egzotyczne owoce; właściwości lecznicze i zastosowanie jest praktycznym kompendium, w którym autorka z wnikliwością opisuje 25 najbardziej rozpowszechnionych owoców, rosnących w tropikach, oraz Azji (szczególnie w Chinach). Wymienione są między innymi ananas, daktylowiec, grejpfrut, melon, morwa biała, pomarańcza, pistacja. Każdy owoc ma swoją historię, to w jaki sposób wszedł do jadłospisu. Lewkowicz opisuje także wpływ, jaki każdy z owoców ma na nasze zdrowie: i tak na przykład miąższ grejpfruta "zawiera białka, tłuszcze, błonnik, węglowodany i liczne związki mineralne zasobne w potas oraz witaminy z grupy B, C, E i PP. Miąższ grejpfrutów ma działanie zasadotwórcze, przyspiesza przemianę materii, w szczególności trawienie tłuszczów i dlatego jest często składnikiem diety dla otyłych." Z kolei stare dobre cytryny są nie tylko skuteczne w zwalczaniu awitaminozy, co moczopędne ze względu na dużą zawartość potasu. Warto zwrócić również uwagę na owoce morwy, sadzonej u nas jako drzewo ozdobne.
Egzotyczne owoce zawierają również piękne "starodawne" ryciny przedstawiające każdy z opisywanych owoców. Lewkowicz podaje również bardzo ciekawe przepisy na sałatki, zapiekanki, potrawki, sosy (koniecznie muszę spróbować ostrego chutneya z mango!), desery i dania główne. 
Parafrazując tekst piosenki Wojciecha Młynarskiego: Dziewczyny*, jedzcie owoce na wiosnę!

Za możliwość poszerzenia wiedzy serdecznie dziękuję:


* Chłopaki też!

Przedmioty, które mnie określają

Na jednym z moich ulubionych blogów (http://strych-misiowej.blogspot.com/2014/04/moje-rzeczy.html) podpatrzyłam zdjęcia przedmiotów określających styl i osobowość osoby, do której należą. Od razu zaczęłam wyszukiwać to, co określa mnie. Moja ulubiona biżuteria, moje zeszyty, pióra, perfumy, piterek, kubek, nawet 2cv, który mi się marzy. Do tego mój ukochany Hardy i różne różności umilające życie. A wszystko na tle poszewek, które kiedyś uszyłam.
Z pewnością macie takie swoje skarby. Może ktoś z Was zdecyduje się na zdjęcie?



Z zimną krwią - Truman Capote

Są książki i są arcydzieła. Z zimną krwią Trumana Capote należy do tej drugiej kategorii. Powieść utrzymana w formie dokumentu jest zapisem zbrodni dokonanej na czworgu członkach rodziny Clutterów mieszkających w miasteczku Holcomb w stanie Kansas. Czytelnik przeżywa ostatnie dni zwyczajnej rodziny farmerów, a także jest świadkiem przygotowań morderców do wydarzeń z 15-go listopada 1959 roku. 
Capote z niezwykłą wnikliwością zagląda do umysłów Dicka Hickocka i Perry'ego Smitha, przy czym nie uprawia taniego moralizatorstwa, nie piętnuje, nie rozlicza i nie wybiela morderców i ich czynu. Z zimną krwią bliżej do reportażu, niż beletrystki; Capote pisał tę powieść niemal na bieżąco przez kilka lat - polecam film Capote z Philipem Seymourem Hoffmanem w roli tytułowej, który skupia się na tym wycinku życia pisarza, w którym tworzył swoje największe dzieło. 
Kilka lat temu czytałam Śniadanie u Tiffany'ego. Przyznam, że nie przekonało mnie do twórczości Capote'ego. Za to świetny film zachęcił mnie do sięgnięcia po jego powieść. Z pewnością sięgnę również po Inne głosy, inne ściany i Harfę traw.
Chcę jeszcze dodać, że w życiu nie miałam takiego kaca książkowego, jak po Z zimną krwią. Przez kilka dni byłam kompletnie oszołomiona, bo książka pochłaniała mnie bez reszty. Niestety, rykoszetem oberwało się Munro, bo wydała mi się okropnie trywialna po czymś takim. Sięgnęłam za to po Zabić drozda przyjaciółki Capote'ego - Nelle Harper Lee. Ale o tym następnym razem...
Mam jeszcze taką małą uwagę: nazwisko autora wymawia się Kapoti z wyraźnym i na końcu; nie Kapout. A Harper Lee była kobietą;)

Szowinizm?

Pewnie właśnie wsadzam kij w mrowisko i zaraz posypią się gromy, ale muszę o tym napisać. 
Jak wiecie jestem wegetarianką, staram się unikać produktów zwierzęcych i przeważnie jem tylko jajka od kur wsiowych. Na FB dołączyłam do kilku wege grup*. Jedne bardziej zaangażowane, inne bardziej jedzeniowo-przepisowe. I zauważyłam u niektórych ludzi dziwną tendencję do szowinizacji sposobu myślenia o kulturze jedzenia i dziwny dualizm my-wege-dobrzy, mięsożercy-oni-źli. 
Większość mojej rodziny je mięso, ale nie opycha się codziennie tonami wieprzowiny. Nie ma u nas czegos takiego, że ja stoję nad domownikami jak kat nad dobrą duszą i sarkam o cierpieniu zwierząt. Domownicy też nie podsuwają mi mięcha pod nos. I tak jest dobrze. Robię sobie jedzenie, czasem podsuwam mężowi i Małemu (Mały czasami ucieka od jedzenia, ale to się tyczy i czekoladek i obiadu). Fajnie, jak coś im się spodoba, ale jak nie chcą mojej potrawki soczewicowej, to nie będę ich za to nienawidziła, prawda?
Trzeba mieć szacunek do drugiego człowieka; jeśli chcesz, by ktoś szanował twoje wybory, poglądy i sposób życia, szanuj bliźniego! 
Wiem, że jestem niereformowalną idealistka i chciałabym, by każdy się "obudził" i sam z siebie zrezygnował z mięsa, ale tak to tylko w snach. Ostatnio nawet się zastanawiałam, dlaczego nie ma lobby wegańskiego, które postulowałoby obniżenie podatku na zdrową żywność, a także zajęłoby się akcjami promocyjnymi takowej.
I drugi "problem". Denerwuje mnie słówko dieta. Dieta to dla mnie jest jedzeniowy sposób na zrzucenie kilku zbędnych kilogramów, ewentualnie taka dieta dla chorych/rekonwalescentów. Dla mnie niejedzenie mięsa i nie używanie produktów typu skóra/pióra/żelatyna/kości/etc to sposób myślenia, to moja wrażliwość, a nie jakiś chwilowy kaprys. I nie jestem hipokrytką, bo nie mam skórzanych toreb, pasków, butów, nie jem miśków żelków, galaretek innych niż agarowe lub pektynowe, etc. (Czytam etykiety i chyba wydrukuje sobie mały spis E-dodatków). Nie depczę mrówek i tego samego uczę dziecko, staram się nawet muchy wypuszczać oknem, a nie traktować kapciem. 
Na forach/grupach dyskusyjnych zauważyłam też kilka wypowiedzi bardzo smutnych, że tego, czy tamtego kusi mięso. Nie wiem, co na to odpowiedzieć. Pewne, gdyby mi zapachniały żeberka, które robi moja mama, to też by mi się zachciało;) Kilka razy miałam taki koszmar, że niechcący zjadłam mięso i jest mi tak źle, sumienie mnie gryzie strasznie. I po obudzeniu odetchnęłam z ulgą, że to tylko sen i tak naprawdę nie zjadłam mięsa. 
Jeżeli komuś trudno zrezygnować, to niech po prostu ogranicza. Niech je tylko troszkę, niech kupuje 10 deko szynki, czy polędwicy, a potem niech zmniejsza kupowane ilości, aż będzie zastępował powiedzmy pasztetami, smarowidełkami, czy ewentualnie wędlinami sojowymi. 
Ale ideałem nie jestem. I nie będę. Ale mogę do niego dążyć. Tak jak dąży się do mądrości.

P.S. I jeszcze tak mi się przypomniało: mnóstwo jest rysunków (satyrycznych?) weganina jedzącego z zadowoleniem sałatkę i dla porównania spasionego "mięsożercę" stołującego się w Maku. Przypominam, że Mak ma w asortymencie sałatki i kawę fair-trad, a znam mnóstwo "mięsożerców" szczupłych, jedzących dużo warzyw i owoców, i nie zaglądających do Maka codziennie. Nie lubię takich stereotypów. (Chociaż co do jedzenia z zadowoleniem sałatki, to miałam dzisiaj w pracy całą michę:)

*Nie piszę tego na FB, bo najzwyczajniej w świecie nie lubię pyskówek.

 .

 .