Porządki c d

moja "nieśmiertelna" czarna sukienka :/
Strychowe wykopki przyniosły kolejny wielgachny wór ciuchów do kubła. Skąd się to bierze? Nagromadzone przez lata ubrania w rozpiętości rozmiarowej 34-38 (lub nawet pociążowej 40!), rzeczy, które są ładne i szkoda wyrzucać, ale ubrać nie ubiorę, torebki, poprzecierane, z pourywanymi detalami i nie dające się nosić bez wstydu. Taka ubraniowa sieczka, ni przypiął ni przyłatał. Zostało mi z 5-6 sukienek, których w sumie szkoda wywalać, ale zaliczyły milion domowych (i nie tylko) imprez (chyba każdy mnie już w nich widział i to po sto razy). Kilka sukienek nie pasuje ani do mojej figury, ani typu urody. A dwie mają rozmiar 34, w który już w życiu nie wejdę. 
Ale trzymam, bo a nóż mi się odwidzi i to będą moje najukochańsze sukienki ever? 
Powoli zmniejszam tę garderobę z której nie korzystam. Część rozdaję, a część idzie "ap". W sumie powinnam wszystko skulać ze strychu i poprzymierzać przy lustrze, spojrzeć krytycznym okiem, poprosić o opinię domowników. 
Poza tym idzie jesień (tak, już o niej myślę). Ostro pracuję nad "stylem" i jestem potracona. najlepiej się czuje w dżinsach i luźnej górze. I chyba tak zostanie. 
A te sukienki... chyba się wreszcie zdecyduję...

#edit: nazbierały się już dwa wory. Byłam bezlitosna!

szafowe porządki, czyli znów się mobilizuję

Otóż znów podczytuje o 10 item wardrobe, minimalizmie szafowym, itp. W sumie wyrzucać już nie mam czego, dokupować też nie (chyba, że upragnioną granatową budrysówkę a la Miś Paddington, oraz zgniłozieloną szmizjerkę). Mam szafę minimalną. Kilka sukienek, podzielone na wyjściowe i "do latania", kilka bluzek, z czego większość to podkoszulki i t-shirty, dwie spódnice, krótkie spodenki, bermudy, brązowe lniane spodnie i dżinsy. Z butów mam zimowe sznurowane, zimowe na trzaskające mrozy, dwie pary balerinek, sandałki, dwie pary adidasów i trampki. Zapomniałam o swetrach: czarny (rozpinany), granatowy, bezowy, błękitny i rozpinany brązowy. Gromadzę coraz mniej rzeczy; nawet ostatnio chodzę tylko w jednych kolczykach (maleńkie czerwone). Moja garderoba to styl luźnej mamy, która biega z dzieckiem, jeździ na rowerze i tylko czasem wkłada coś naprawdę ekstra. 

szparagi i truskawki

Uwielbiam te pory roku - późna wiosna, potem lato, wczesna jesień. Jedzenie wszędzie - w lesie, na handelku, w ogródku. Polubiłam szparagi. Gotuje je 10 minut na parze, potem dodaję do sałatki. W pierwszej jest także sałata, rzodkiewka, bulgur i quinoa, a drugiej granaty, czarny sezam, gotowa mieszanka sałat i oliwki. I taka sałatkę, przyprawioną jedynie symbolicznie sokiem z cytryny zjadam sobie na obiad. 


Ulubiony przepis na budyń z kaszy jaglanej wzbogaciłam o świeże truskawki, które doblendowałam do masy. Całość posypałam także wiórkami gorzkiej czekolady.

Chleb zmieniający życie, pasta z pomidorów i obiad na szybko

Upiekłam chleb. Pomieszałam ziarna, dodałam oleju, zagniotłam i tak powstał drugi z kolei bochenek chleba zmieniającego życie. Chociaż raz miałam wszystkie składniki (nawet babkę płesznik i chia!) i mogłam zrobić go wedle przepisu z My New Roots. Jest bardzo sycący i smaczny. Świetnie się kroi i wspaniale wygląda.
Do tego mam pastę ze słonecznika i suszonych pomidorów. Nie jestem specjalnie odkrywcza, na razie czerpię z gotowych przepisów i testuję je namiętnie w weekendy. TEN przepis jest bardzo dobry, pominęłam tylko cebulę i czosnek. Za to pasta majonezowa z kaszy jaglanej wyszła zupełnie bez smaku i chyba nie powtórzę tego przepisu i poszukam innego.
Dziś na obiad mieszanka kasz bulgur i quinoa - są mega szybkie do zrobienia, a musiałam się sprężać na występy w przedszkolu (z okazji dnia mamy). 



P.S. Jak widać, zmieniłam szablon na wiosenny:)

Spring rollsy i budyń gryczany

Eksperymentów kulinarnych ciąg dalszy. Moja ukochana książka kucharska pełna jest żółtych karteczek, znaczników, wklejam do niej pozostałe przepisy, z których korzystam. W zeszłą sobotę upiekłam chleb zmieniający życie, pasztet warzywny z pozostałości po bulionie, zrobiłam także makaron. Wczoraj wypróbowywałam przepisy na sos majonezowy z kaszy jaglanej (przepis nie za bardzo przypadł mi do gustu), budyń z kaszy gryczanej z jeżynami (jeżyny miałam zamrożone z zeszłego roku) - wyszedł bardzo dobry, a po wizycie na targu powstały spring rollsy, które sobie zamierzyłam już przedwczoraj. SR jadłam z sosem powstałym na bazie sosu majonezowego z kaszy jaglanej z dodatkiem keczupu. 



jestem z vaty

Właściwie jestem Vatą. Jest to jedna z trzech dosz (energii) w ajurwedzie. Że ze mnie łakomczuch, to czytam przede wszystkim o odżywianiu i "filtruję" to pod siebie. 
Widocznie mam wyrobioną intuicję, bo jem w sumie zgodnie z własną doszą. Co je Vata? A właściwie, co ja jem i co powinnam? Ciepłe, jednogarnkowe dania (u mnie sprawdzają się potrawki z soczewicy z dużym wkładem marchwi), ryż basmati, ryż jaśminowy, quinoa. Słodkie/kwaśne owoce, takie jak dojrzały banan, wiśnie, pomarańcze, ananasy, mango. Ciepłe napoje (nie cierpię kokakoli, nie lubię napojów prosto z lodówki). Z przypraw "trafiłam w dziesiątkę" z kardamonem, goździkami, imbirem.
Nie powinny zaszkodzić kasze, mogę jeść pomidory (z umiarem),
Unikać smażonego, ciężkiego, surowizny, brukselki, kapusty, kalafiora, ciężkich zbóż, fasoli, czekolady (uwielbiam, ale mi nie służy!), białego cukru, itp. Unikać smaku gorzkiego i ostrych potraw; unikać "surowych" sałatek. 
Generalnie nie obciążać żołądka, bo vata ma "leniwe" trawienie". Unikać stresu, wysiłku fizycznego (najlepsze tai-chi i szachy;); vacie służy regularność oraz wysypianie się. 
I coś w tym jest, bo wszystkie moje "boloki" biorą początek w niewyspaniu albo jedzeniu.

Znalazłam również kilka artykułów na ten temat: TU, TU i TU.

jak się (nie) ubierać po trzydziestce

Dwa tygodnie temu obchodziłam urodziny (33). Nie mam z tego powodu kompleksów, wręcz przeciwnie - nie "cofnęłabym czasu", żeby znowu być głupią jak siano nastolatką. Nawet za cenę jędrnego ciała i gładkiej jak pupa niemowlaka buzi. 
Podkusiło mnie, żeby poczytać w internetach o tym, jak powinna się ubierać trzydziestolatka, ot taka niby inspiracja, może coś fajnego bym wypatrzyła... I tu mała dygresja - o ile w wieku dwudziestu kilku lat pasowały mi mini spódniczki, perły do czarnego sweterka, kozaczki na obcasie, spodnie "od kostiumu", torebka a la 2.55, to po pewnym czasie odkryłam, że mnie takie rzeczy postarzają. Mój codzienny styl to dżinsy, trampki/trzewiki, swetry przez głowę, obcisłe góry (lubię paski) z zamotanymi szalikami, albo luźne t-shirty. Z biżuterii - obrączka, ukochana, wiekowa Pabieda i maleńkie kolczyki. 
I tu muszę wrócić do internetów, według których "panie w pewnym wieku" najlepiej wyglądają w kardiganach z paskiem, wizytowych spódnicach, garsonkach, no i oczywiście - tylko i wyłącznie - w czółenkach.
Po pierwsze - garsonki kojarzą mi się z serialem "Co ludzie powiedzą?", po drugie czułabym się nie ubrana, a przebrana, po trzecie, na garsonkę będę miała czas. A ci, którzy mnie znają z widzenia chybaby skonali ze śmiechu, kiedy by mieli mnie nazwać "kobietą dojrzałą".
Jasne, lubię dobrze wyglądać, ale i lubię się dobrze czuć w tym, co mam na sobie. Inspiruje mnie paryski styl z paskowymi topami, trenczami i spodniami fit slim. Moja ukochana sukienka, czarna w małe białe groszki, najlepiej sprawdza się nie z obcasami, a z sandałami i listonoszką. T-shirtów z ulubionymi zespołami nie oddam, tak samo jak trampek i dżinsów. A ostatnia próba kupienia "dorosłej" torby spełzła na niczym, bo zamiast jakiejś eleganckiej kupiłam miętowa listonoszkę  w motylki. 
Po prostu, co komu pasuje...

Burgery z buraczków i kaszy jaglanej.

Są takie książki kucharskie, z których się korzysta i są takie, które tylko łapią kurz. Jadłonomia należy do tych pierwszych. Już widzę oczami wyobraźni te zapaćkane strony za parę lat...:) 
Przepis nie jest specjalnie drogi, ani skomplikowany. Jeśli robi się ściśle wedle przepisu - nie może się nie udać. Burgery, czyli kotleciki, można spożytkować do bułek i zjadać w formie kanapek, albo po prostu podać z ulubionymi dodatkami na drugie danie. 
Z przepisu wyszło mi dziewięć takich burgerów. Były pyszne!

Fit

Ćwiczę. Jestem zmobilizowana. Wzięłam się za siebie i to mocno. Nie tam od razu karnet na siłownię, chociaż ćwiczenie w pokoju jest kiepskim pomysłem, bo co i rusz o coś zahaczam ręką czy nogą. Koleżanka podsunęła mi fajną youtube'ową trenerkę fitnessu i to z nią zaczęłam. Ćwiczę uda/pośladki i talię/brzuch. Takie ćwiczenia to około 15-20 minut. Ale to, co u trenerki jest takie niewymuszone, swobodne i niemal nie wymagające wysiłku, u mnie jest mordercze. Robiąc plank na macie mam ochotę się położyć i płakać z bólu mięśni, w udach i pośladkach mam takie zakwasy, że ledwo siedzę, ale - dalej ćwiczę. Nie poddaje się. Wczoraj miałam kryzys, chociaż właściwie miałam napad lenistwa, ale kiedy na meczu Gortata zobaczyłam te czirliderki, to pognałam na górę po codzienną porcję potu i łez;) 
Nie objadam się, wręcz jem mniej i bardziej racjonalnie, ale wczoraj popełniłam rozpustę: starłam pół kostki czarnej czekolady, podgotowałam z mlekiem, dodałam pół łyżeczki kawy rozpuszczalnej i miałam najpyszniejszą na świecie pitną czekoladę. I dobrze. I fajnie. I nie mam wyrzutów sumienia.
Co dzisiaj na obiad? A burgery buraczkowe i bulgur :)

sport to zdrowie

Jeśli mam być szczera, to biegam nie dlatego, że lubię, bo nie lubię, tylko, żeby mieć zgrabne cztery litery. Idzie wiosna, poczułam to dzisiaj - nie węchem, bo jeszcze nie pachnie wiosennym powietrzem, ale zachciało mi się pouprawiać sport. Od kilku dni myślę o powrocie "do gry".
Wczoraj odkopałam hula hop. Mam takie z wypustkami, kupiłam wieki temu. Jestem już zaprawiona w bojach z hula hopem i przygotowałam odpowiednio biodra: zwinięty we trzy ręcznik pod pas poporodowy (służył mi właściwie tylko do tego celu). Jeśli się hula tym hopem bez zabezpieczenia, są siniaki jak po wypadku rowerowym. 
Za sobą mam również pierwsze bieganie i pierwszy krótki rowerek. Przede mną brzuszki (jak ja ich nienawidzę robić!) i przysiady na zgrabne cztery litery. Z tym, że przysiady i bieganie strasznie mi działają na stawy - mam "powypadkowe" kolana i takie obciążanie im nie służy. No, ale coś trzeba robić, żeby nie sflaczeć.
I teraz mam dylemat: o ile buty do biegania muszę kupić nowe, bo te, które mam się nie nadają, to rozważam zakup stroju "na wuef". Mam leginsy, biegam w starych koszulkach i byle jakiej spranej bluzie. Zauważyłam, że kobiety biegające mają takie fikuśne, wypaśne ciuchy. Nie wiem, czy chodzi o szpan, a może raczej o logistykę, ale pomyślałam, ze w takim stroju będę biegała częściej, bo przecież skoro tyle wydam, to niech mi się w szafie nie kurzy.
Chcę być fit. Chcę być slim. I chociaż jestem regularnym totalnym kanapowcem ze skłonnościami do czipsów i czekolady, to biorę się za bary z nałogami i przyzwyczajeniami i na wiosnę dopada mnie taka zdrowotno-sportowa faza.