WIP i woreczki zero waste

Uważam się za osobę oszczędną. Staram się gospodarować pieniędzmi i dobrami, którymi dysponuję w sposób zrównoważony i planuję (np. posiłki) naprzód. 
Segreguję odpady - pod zlewem mam kosz na śmieci zmieszane, papier i plastik. Oprócz tego mam worek na szkło. Planuję na wiosnę kompostownik. 

Chciałam zrobić porządek w ubraniach, ale po otwarciu szafy okazało się, że po poprzednich porządkach (ubrania oddałam na cele charytatywne, niestety sklep z tymi ubraniami splajtował), nie ma czego wyrzucać. Stare t-shirty idą na szmatki albo po odcięciu rękawów na ręczniki-turbany do włosów. W ogóle ubrań nie mam wcale dużo. Butów także (z kapciami to 12 par na wszystkie pory roku). 

Każdą rzecz wykorzystuję maksymalnie. Nawet opakowania plastikowe z sałatki greckiej myję i chowam, bo może przyjdzie mi komuś coś nasypać/nalać/zapakować i będzie w co. Przeważnie z rodziną stosujemy wymianę talerzy z kołoczami i in. W ten sposób mam do oddania talerzyk i duży talerz. 
Lunchboxów nie mam, ale mam pojemniki, bez których nie wyobrażam sobie spakowania jedzenia do pracy. 

W imię minimalizowania ilości jednorazówek od lat używam lnianych toreb na zakupy. Niedawno przeczytałam o woreczkach, które właściwie samemu można sobie uszyć. Wyciągnęłam więc moją starą maszynę, oczywiście chwilę trwało, zanim zajarzyłam czemu nici mi się plączą, ale potem jakoś poszło i ze starej tiulowej podszewki od sukni ślubnej uszyłam woreczek, który niemal nic nie waży. Uszyłam także dość duży worek na chleb z (chyba) bawełny. 




Na obiad mieliśmy zerowaste'ową pizzę - jako sosu użyłam wczorajszego sosu pomidorowego z obiadu. Taka domowa pizza jest o wiele smaczniejsza niż kupna - no i można pofantazjować ze składnikami. 


Odkryłam w mieście również sklep, w którym można kupić na wagę artykuły do własnych woreczków i pojemników. Jak tylko wyjem zapasy, to idę na łowy! 

Z szydełkowego pola walki: zaczęłam w zeszłym roku i... utknęłam. Odłożyłam na trzy miesiące robótkę. To będzie długa ale wąska zazdrostka do okienka w drzwiach wejściowych. 

 
Wracając do less waste/zero waste - co jakiś czas wracam do kosmetyków naturalnych, które mogę zrobić z tego, co mam w kuchni. Peeling z kawy to klasyka gatunku! Myłam już twarz pastą z mielonych migdałów (i chyba do tego wrócę), a od kilku dni myję zęby pastą z sody i oleju kokosowego. Wyparzyłam wymyte skorupki jaj i zmielę je na proszek do mycia a la cif. Chciałabym zacząć myć włosy metodą "no poo", ale jednak mam obawy, czy nie będę wyglądała przez kilka tygodni jak menel. 

Kiedy wykończę wszystkie myjki, chciałabym kupić szczotkę bambusową do mycia naczyń i uszyć myjki z worka jutowego. Tak samo z płatkami kosmetycznymi - kiedy je wykończę uszyję sobie bawełniane płatki wielorazowe (do prania). Od lat używam do osuszania twarzy pociętych na cztery pieluch tetrowych. 

Kiedy mogę coś zaprenumerować w e-sklepie czy e-kiosku, robię to, właśnie na wzgląd na oszczędność papieru. 
Chętnie także wróciłabym do szklanych buteleczek na leki, ale moje leki są w blistrach :/ No i do opakowań papierowych. Lubimy w domu dania garmażeryjne, ale niekiedy ciężko je kupić bez plastiku, a niekiedy po prostu nie chce się człowiekowi (człowieczycy) stać przy garach. Chociaż naprawdę lubię gotować. 

Tak więc - chyba jak do tej pory, będę się ograniczała w kupowaniu dupersztyców, jedzenie tylko z listą i tyle, ile zjemy, no i żadnych foliówek! 

Dobrej niedzieli życzę :*
Share:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz