Korzeń mydlnicy, kora dębu i inne wynalazki na włosy

Lubię eksperymentować z naturalnymi sposobami pielęgnacji włosów. Sięgnęłam po korzeń mydlnicy i zaczęłam używać go jako szamponu. Namoczyłam dwie łyżki na noc, rano dodałam łyżeczkę siemienia lnianego i łyżkę lawendy. Gotowałam kilka minut, cały czas ściągając wywar z palnika, bo podchodziła piana. Nie mam rano czasu, wiec wystudziłam wywar w kubeczku (kąpiel wodna, ale na zimno).

Taki szampon się nie pieni i człowiek zadaje sobie pytanie, czy to zadziała. Zadziałało. Powcierałam wywar w głowę i włosy, potem spłukałam. Myłam tylko raz.
Śpieszyłam się, wiec wysuszyłam włosy i je wyprostowałam (normalnie same by wyschły, ale długo schną).
Włosy są sypkie, wymyte, nawilżone, nie potrzebują odżywki, rozczesują się lepiej niż zawsze (nawet z tt mam z tym problem). Jestem bardzo zadowolona.


Papka na włosy z siemienia, aloesu, kory dębu i lawendy

Po lecie mam przesuszone włosy (wysychają przeważnie same i okazjonalnie korzystam z suszarki), postanowiłam zrobić maskę z siemienia. Niepotrzebnie dodawałam kory dębu, która dobra jest na płukankę, ale nie na maskę. Aloes mogłam zmiksować, bo zrobiły się grudy. 

W efekcie mam lekko przyciemnione pasemka, które były bardziej miedziano-brązowe - niezbyt widać na zdjęciu, ale mają inny odcień. Co ciekawe - efekt na włosach naturalnych: zmiękczenie i odżywienie, a na włosach farbowanych: nieprzyjemnie chropowate i suche. 


Podsumowując: siemię i korzeń mydlnicy będę stosowała nadal, ale korę dębu tylko jako płukankę. 

Zebrałam już orzechy włoskie i będę testowała farbę do włosów. Farbę robi się z tych zielonych łupin w których mieści się właściwa łupina orzecha. Stosowałyście naturalne środki do pielęgnacji włosów?

Share:

Projekty szydełkowe do przedpokoju

Pewnie się domyślacie, że jestem zafascynowana dawnym wystrojem wnętrz. Szczególnie do gustu przypadły mi lata międzywojenne. W starych mieszkaniach i domach jeszcze do tej pory spotyka się szydełkowe bądź wyszywane lambrekiny ozdabiające wejście do pokoju, czy kuchni. 
Właśnie taką ozdobę wyszydełkowałam ostatnio z resztki Kocurka (kończę wszystkie włóczki i kordonki). 


Do drzwi zrobiłam zazdrostkę. Zużyłam cały zapas kordonka, z którego kiedyś zrobiłam tę bluzkę.

 Teraz robię serwetę na biurko. Będzie całkiem spora - z elementów z koronką dookoła.

Jak pisałam ostatnio, mam ogromne plany i już wybrałam kordonek (,-nki) do zamówienia i nawet wzory na zazdrostki, dużą narzutę i obrus, ale chciałabym pozużywać to, co mam.
Przy okazji szydełkując oglądam ulubione filmy: Pokój z widokiem, Jaśniejsza od gwiazd, całą Austen :)
Share:

Kącik z kosmetykami - przed i po (szydełkowe koszyczki ze sznurka)

Jak już wspominałam, ostatnio zabrałam się za wykorzystywanie do cna moich kosmetyków. Taki projekt denko, powiedzmy. Wszystko jest wyjęte, jak na wystawie, bo jak tylko schowam do szuflady, to momentalnie zapomnę. 
Więc żeby kącik wyglądał schludnie, musiałam nad nim popracować. 
Przede wszystkim uszydełkowałam trzy koszyczki z grubego sznurka, które ozdobiłam również szydełkową koroneczką. 
Zostało mi trochę białego Kocurka, z którego zrobiłam małą serwetkę (po lewej) mojego pomysłu. 

Sam kącik przed metamorfozą wyglądał tak:
Teraz wygląda tak:
Jak widać pojawiła się girlanda pachnąca lawendą :) Uwielbiam serwetki szydełkowe, szarości i biele. Przydałby się jeszcze jakiś miły akcent na ścianie, może serwetka za szybką?

Share:

Szydełkowe saszetki lawendowe

Sezon na lawendę w pełni. Moje krzaki zakwitły bujnie w tym roku, co postanowiłam wykorzystać - wyszykowałam szydełkowe saszetki zapachowe do szafy. 

Woreczki mają w środku płótno wypełnione wkładem hypoalergicznym i suszoną, niezwykle pachnącą lawendą. 
Bardzo przyjemnie się je wykonuje. Środek zszywam ręcznie; wolę trzymać igłę w ręku ;)


Mam jeszcze sporo suszu, więc powstanie jeszcze kilka(naście) woreczków. 


W przerwie zaczęłam szydełkowy lambrekin nad wewnętrzne drzwi w przedpokoju wzorem siatkowym. Tym razem zdecydowałam się dokończyć białego Kocurka, przez co praca idzie jak burza ;)


Share:

Szydełkowy granny giant

Skończyłam granny giant. Cztery włóczki Cake i odrobina Alaski na koniec. Razem około 900 gramów. Szydełko 5 mm.


Share:

Metamorfoza kuchni i przedpokoju

Kilka razy wstawiałam zdjęcia naszych "włości". Pisałam przy okazji, że włożyliśmy dużo pracy w ich przerobienie. Z pewnością jesteście ciekawi, jak wyglądały "przed".

Jak widać, biały jest moim zdecydowanym faworytem. Drzwi łazienki okleiliśmy białą okleiną. Wszędzie mam mnóstwo roślin, duperelków, bez których nie wyobrażam sobie domu - to takie drobiazgi, jak przywiezione znad morza muszelki, zebrane w ogrodzie ususzone kwiaty, czy kolorowe girlandy handmade tworzą charakter mieszkania. 

Kocham naczynia emaliowane, wzory ludowe, lambrekiny. Wiszące talerze mam od mamy - wisiały u nas w przedpokoju, kiedy jeszcze byłam nastolatką. Bozie są przedwojenna pamiątką rodzinną. 
Mebelki - szafkę pod mikrofalówkę i wyspę kawową odnawiałam całkowicie sama: przeszlifowałam szlifierką, pomalowałam, dodałam porcelanowe gałki. Szafka kawowa ma nowy blat, do którego przymocowałam belkę po starym wieszaku na ręczniczki na sznurku. Czego nie widać na zdjęciach - również podłoga jest odnowiona, ale postawiliśmy na wykładzinę, no i mamy inną lampę. 

Jak widać, włożyliśmy dużo pracy, ale było bardzo pozytywnie no i efekt jest taki, jaki chcieliśmy. Bardzo lubię szlifować, skrobać, malować, dłubać, itp. Jak widać, nie jestem minimalistką, moim ukochanym domem jest Nora, dom państwa Weasleyów z Harry'ego Pottera, pełen niepowtarzalnych "gratów".
Share:

Jak przerobić dekolt w bluzce

W zeszłym roku w secondhandzie kupiłam świetną bluzkę, ale... miała mega dramatyczny dekolt. Ilekroć ją zakładałam, czułam się niekomfortowo i musiałam zakładać apaszkę. 

W tym tygodniu zabieram się za porządek w ubraniach - oddaję to, w czym nie będę chodziła, ceruję to, co jest do zacerowania, etc. Więc i bluzka doczekała się przeróbki. 

Bluzka ma paseczki do wiązania, więc ucięłam po kawałku z każdej strony i przyszyłam do wycięcia w dekolcie. Paseczki oczywiście zaszyłam, żeby materiał się nie siepał. 

Mam jeszcze jedną świetną sukienkę/tunikę, którą również zamierzam tak przerobić (z tym, że zamiast pasków użyję starego kawałka koronki. 


Share:

Filozofia zero waste, czyli moje 5 razy "r".

Ostatnio dużo piszę o tym, czym dla mnie jest nurt świadomej konsumpcji, czyli “zero waste”. Staram się małymi kroczkami podążać w stronę zaprzestawania marnotrawieniu zasobów naszej planety. Myślę, że moglibyśmy uratować środowisko zmieniając nasze nawyki, ale żeby tak się stało potrzeba rozwiązań systemowych, oraz uświadamiania społeczeństwa. W większości za sprawą internetu podpatrując dobre praktyki doszłam do pewnych wniosków i zachowań, które weszły mi w krew i zarażam nimi choćby moje dziecko. Ludzie bezmyślnie biorą foliówki już przy wejściu na warzywa. Opakowania na wynos zrobione ze styropianu są dwa razy tańsze niż te z trzciny cukrowej, czy mączki ryżowej. Przyczyny są dwie: tak jest taniej, a ludzie nie wiedzą, że mają alternatywę. 

Jednym z Celów Zrównoważonego Rozwoju (Agenda 2030) jest odpowiedzialna konsumpcja i produkcja. Czyli jest szansa, że tak jak będzie wygaszana produkcja plastikowych patyczków do uszu, tak opakowania z tworzyw sztucznych zostaną w końcu zastąpione. Przeciętnie w gastronomii zużywa się na wynos tygodniowo około 1000 opakowań na dania (w tym styropian i plastik do zgrzewu), oraz około 1500 pojemniczków na sałatki i sosy. Daje nam to około 2500 opakowań z tworzyw sztucznych TYGODNIOWO! 
Zdjęcie Jasmin Sessler, źródło: pixabay

Jeszcze trzydzieści lat temu nie mieliśmy tak masowego problemu śmieci. Nie gloryfikuję oczywiście “starych dobrych czasów”, ale mięso było pakowane w papier, jajka w papierowych torbach, jedzenie na wynos do menażek! Ciuchy krążyły aż do zużycia. Buty oddawało się do szewca, torebki do kaletnika, ubrania do krawca. A potem zachłysnęliśmy się konsumpcjonizmem. Chodzi się na shoping, jak kiedyś na spacery, przy kontenerach Caritasu piętrzą się ciuchy i buty. 

Światełkiem w tunelu są wegańskie knajpki, które zbierają słoiki do pakowania na wynos. W dużych miastach działają prężnie sklepy, w których można kupić do własnych opakowań. Niestety, w mieście, w którym mieszkam zniknął taki sklep. W związku z covid-19 sieć Auchan zrezygnował z sekcji na wagę i wszystko jest zafoliowane. 

Studium (mojego) przypadku.

Nie jestem bez winy. Przez lata kupowałam wodę w plastikowych butelkach, produkowałam śmieci (ubraniowe, plastikowe, itp.) tak samo bezmyślnie. Ale tak samo jak na drogę wegetarianizmu, tak samo pod wpływem namysłu weszłam na drogę less waste, by kiedyś być zero waste. Nie wyobrażam sobie nie mieć własnej torby na zakupy. Serio, od jakichś dobrych dwudziestu lat, od kiedy pojawiły się w Aldiku, nosimy z mamą takie bawełniane torby (na początku trzeba było skracać ucha, bo były za długie). Słoiki też zawsze się zbierało, bo zawsze coś można w nich było trzymać. Plastikowe opakowania od np. śmietany nadawały się na wysiew pestek z cytrusów czy daktyli. A t-shirty, wiadomo – na ściereczki. W szufladzie ze sztućcami pod przybornikiem czekały sobie na swoją kolej papierowe torby. 

Kiedy zaledwie kilka lat temu natrafiłam na ruch zero waste, zrozumiałam, że to totalnie dla mnie. Może nie deklaruję się, że moje śmieci z całego roku będą zajmowały jedynie jeden słoik, ale już teraz widzę, ile udało mi się ograniczyć. Kiedyś bardzo lubiłam kefiry. Ale ilość plastikowych butelek z jednego tygodnia mnie dobiła. Czasami sięgam po jogurt naturalny: jestem z siebie dumna, bo znalazłam taki w szkle! 

Z wody w butelkach zrezygnowałam i mam w domu i w pracy dzbanki filtrujące. W zeszłym roku doznałam olśnienia i poszyłam woreczki na jarzyny. Używam depilatora. Maluję się kosmetykami cruelty free. Ubrań niemal nie kupuję, nigdy nie byłam jakąś fanką wyprzedaży zresztą: trochę za sprawą The Daily Connoisseur i jej kapsułowej garderoby, a także Marie Kondo zmniejszyłam garderobę jeszcze bardziej. Nie czuję potrzeby kupowania.

Jak u mnie wygląda “5 R”

Refuse (odmawiaj). Ulotek nie borę, po co mam je zaraz wyrzucać do kosza obok? Nie biorę próbek, których nie użyję. Nie biorę foliówek. Nie można mnie przy kasie skusić na żadne promocje. Refuse tyczy się także odmawianiu sobie kupna tego, czy tamtego. Ja po prostu mam na tym polu małe potrzeby. 

Reduce (ograniczaj). W ciepłe miesiące do pracy dojeżdżam rowerem. W zimne miesiące skręcamy ogrzewanie, po co się nadmiernie grzać? Zakręcanie wody podczas mycia zębów to podstawa, tak jak krótkie prysznice. Żarówki energooszczędne, wyłączanie zbędnych rzeczy z gniazdek, wyłączanie światła tam, gdzie nas nie ma, odpinanie nieużywanych ładowarek. Właściwie są takie dni, kiedy cały dzień pobór mocy może być jedynie z lodówki i od czasu do czasu czajnika. Wreszcie ograniczam rzeczy zbędne. Nawet książek już nie kupuję tyle, co kiedyś. Chyba moja rodzina zawsze wolała być niż mieć... 

Reuse (użyj ponownie). W użyciu mam kilkuletnie pojemniki na żywność w różnych rozmiarach. Nawet pojemnik po kupnej sałatce greckiej potrafi mi służyć wiele razy. Niemal wszystkiego używam wielokrotnie. Nawet ostatnio przeczytałam ciekawą poradę i się do niej stosuję: wodę po płukaniu warzyw zlewam do miski podlewam tą wodą kwiaty! A jeśli można coś upcyklingować to to robię. I tak między innymi odnowiliśmy stare meble.

Recycle (recyklinguj). Nie wyobrażam sobie niesortowania śmieci (kiedyś się chodziło kilka ulic dalej do kontenerów z odrębnymi frakcjami!). Mam pod zlewem kosze na: zmieszane, plastik, papier, osobno wyrzucam (na kompost) bio. 

Rot (kompostuj). W tym roku zaczęliśmy kompostować. Mam swój mały ogródek warzywny i już nie mogę się doczekać, kiedy będzie pierwsza partia. Marzą mi się kury, które pewnie pochłaniałyby te obierki, czy inne wytłoczki od soków. 

Co bym dodała? 


Pożyczam/wymieniam się - bez kupowania można się wymienić, np. sprzętem budowlanym, czy AGD.  

Naprawiam – oddaję buty do szewca, naprawiam zamki, zaszywam dziurki, naszywam łatki, mój rower przechodzi regularne przeglądy, etc.

Kupuję z głową - staram się kupować rzeczy dobrej jakości, etyczne, starczające na lata (w tym roku kupiłam wełniany koc polskiej produkcji i nowy plecak, który upatrzyłam sobie kilka lat tamu). I przede wszystkim takie, które wiem, że będą używane. Jedzenie - wiadomo - tylko z listą, co więcej robię w niedzielę tygodniowy jadłospis. Nie mam metalowej rurki, bo nie używam rurek. W zapasie mam słomki papierowe (nie wiem czemu, były zapakowane w plastik). Zamiast bidonu za kupę forsy mam butelkę po soku. 
Zamiast wyrzucać, naprawiaj.

Nie jestem oczywiście żadnym guru zw, zdarza mi się wrócić z zakupów z zafoliowanym serem, parówkami, serkami waniliowymi w plastikowych kubeczkach, itp., ale idę we właściwym kierunku. Właściwie, jakby się tak dobrze zastanowić, to w zw wpisuje się to, co na Śląsku nazywa się “szporowanie”. “Szporobliwa" gospodyni, to pani domu planująca posiłki, oszczędna i zaradna. Kiedy ukuto to pojęcie nie było plastikowych śmieci, ale myślę, że takie 5 razy r można zmieścić w byciu "szporobliwym".  
Share:

Chleb i inne dobroci DIY

W czasie pandemii wszyscy pieką chleb. Na zakwasie, drożdżach, orkiszowy, pszenny, etc. Mój ulubiony przepis na chleb znają wszyscy miłośnicy zdrowego odżywiania. Chleb zmieniający życie z przepisu Sarah Britton piekę od kilku lat. Jest bardzo smaczny, szczególnie z twarogiem i rzodkiewkami. 
Zrobiłam więcej masy, bo tym razem chciałam zrobić eksperymentalne babeczki-bułeczki. 


Zrobiłam także miodek z mniszka. Wyszedł niecały słoiczek po koncentracie pomidorowym, a jutro zacznę robić drugi. 

Dzisiaj nastawiłam zakwas na żurek na piątek: 

Ładnie wzeszła mi pietruszka. Nie wiem tylko, co się stało, że tak zakręciła ;) 

Teraz robię obiad: potrawkę z papryki czerwonej, bakłażana, pomidorów, cukinii i selera naciowego. 
Nie tylko w czasie pandemii jemy swojskie jedzenie. Chociaż niekiedy nie mam siły, czasu i chęci stać w kuchni i posiłkujemy się garmażerką, czy kupną pizzą, wolimy jedzenie przygotowane w domu z dobrych składników. Jemy sezonowo, różnorodnie i kolorowo. Często dodaję czarnuszki lub posiekanej pietruszki - nie tylko do smaku, ale i do ozdoby dania. 

Dzisiaj, podobnie jak w poprzednim tygodniu zrobię sok (pożyczyłam sokowirówkę). Jabłko, marchew i burak. Żadnych konserwantów. Z tej wytłoczonej reszty mogę zrobić placuszki, można je przesmażyć z jajkiem, dodać do potrawki. W najgorszym wypadku na kompostownik. No i chomik sobie podje.
Lubię wykorzystywać jedzenie do samiutkiego końca, to takie moje prywatne wyzwanie ;) 
Share:

Przydasie

Drewniane patyczki po lodach, tasiemki od ubrań, wyprute koronki, papierowe torebki, prezentówki, zamki błyskawiczne, małe słoiczki, odprute guziki i te zapasowe, dodawane do swetrów, czy okryć wierzchnich. Słowem: to, co nigdy nie wiesz, że może się przydać. 

Kiedy W. był w przedszkolu, zbierałam opakowania po jajkach, actimelach, kolorową folię, tasiemki, cekiny - często trzeba było zrobić jakiś projekt, albo dziecko robiło coś samodzielnie w przedszkolu. Zresztą w pierwszej klasie tak samo. Kiedyś trzeba było przynieść kilka rzeczy, w tym włóczkę w kolorze włosów dziecka. W zeszłym roku na edukację regionalną synek miał zrobić z drewnianej łyżki Ślązaczkę. Więc przydał się materiał ze starego prześcieradła. I kawałek nieużywanej firanki. Z reszty prześcieradła poszyłam lambrekiny. Włóczkowe włosy przewiązane zostały tasiemkami z ubrań. 

Prezenty pakuję w szary papier. Przewiązuję sznurkiem, wkładam ozdobną gałązkę zerwaną przed domem, dołączam kawiarnianą ażurową podstawkę (zwijam je bezwstydnie w kawiarniach). Albo pakuję w stare gazety. Ale takie fest stare, sprzed 50 lat. Ale te gazety są retro i używam w wyjątkowych wypadkach. 




Słoiczków też nigdy dość. W takim naprawdę maleńkim trzymam własnoręcznie zrobioną pastę do zębów. Do pojemniczka po balsamie do ust przesypałam bizmut (żółty proszek na rany). W pudełku po wielkim czekoladowym jajku trzymam... ozdoby wielkanocne. Puszki po ciastkach służą do przechowywania domowych pierniczków. Mam szklany słój po landrynkach, tylko muszę zedrzeć naklejki* i przesypię makaron. W pudełeczku po miętowych pastylkach mieszkają stalówki.

Z tyłów od wykorzystanych bloków robimy zakładki.
 

I niby wszystko mam... oprócz gazet. Takich zwykłych, codziennych, szarych gazet. Moje dziecko na zadanie z techniki musi przygotować globus na starej piłce, czy czymś takim. Starą piłkę wykopaliśmy niemal spod ziemi, nawet klej do tapet mam, ale te gazety nas pokonały. Bo, serio, kto dziś kupuje gazety? Najnowsze informacje i program tv są w internecie. Ostatnią gazetę kupiłam chyba wtedy, kiedy były zdjęcia przedszkolaków i moje dziecko było na którejś tam stronie, chociaż nie, chyba dostałam ten wycinek. W takim razie to było, kiedy w Wyborczej było “Imię róży” za złotówkę. 

Właściwie, gdybym miała zbędne gazety, zrobiłabym papierową wiklinę...

A tak z ciekawości, zbieracie taką drobnicę? Różne duperele, które mogą się przydać? Np kawałek sznurka do podwiązania kwiatka, itp?

* zeszło, ale myślałam, że mnie wyniosą - próbowałam: olejkiem dla niemowląt, zmywaczem do paznokci, pastą bhp, w końcu removerem do tapet.
Share:

Zdarzają mi się dygresje (o kosmetykach i plastiku)

Zdarzają mi się dygresje. Myślę, że powinna być jakaś nazwa, na takie blogowe dygresje, które często mi się przytrafiają. 

Kiedy zaczynałam blogowanie w 2006 roku (sic!) pisałam o swojej nadchodzącej magisterce (filozofia), potem o przygotowaniach do ślubu, odkrywaniu nowych pasji (robótki, decoupage), bardzo szybko pojawiły się wpisy literackie - "sprawy domowe" zostały "książką na półce", co potem zaowocowało "setną stroną". Co dziwne, często zdarzało mi się zbaczać z tematu na... krem do twarzy, czy własnoręczną uprawę kiełków w słoiku. Jedynie nie siliłam się na przepisy, bo jestem średnią kucharką, a mój blog nigdy nie miał ambicji kulinarnych. Ale często i chętnie pisałam o wegetarianizmie, o tym, co biorę do jedzenia do pracy, itp.

Jak już pisałam w zeszłym roku pisałam bloga "mniej", ale go skasowałam. No i teraz żałuję, bo zamiast Yarn Heart być blogiem szydełkowym, jest blogiem szydełkowym z dygresjami ;)

Myślę, że Ci, którzy mnie czytają od dawna wiedzą, że lubię pisać o staraniach w dążeniu do bezresztkowego życia, kosmetykach naturalnych, capsule wardrobe, itp. 

Kosmetycznie mam takie zrywy - kiedy mnie coś zainspiruję, kręcę kremy, kupuję wegańskie dobroci dla ciała, etc. Ale niekiedy robię "wielkie zakupy" i zdarza mi się kupić "pańciowe torebki", podczas kiedy uwielbiam plecaki i listonoszki, oraz lakiery do paznokci, a maluję je literalnie raz na rok. 

W sumie wiele się zmieniło, od kiedy stałam się świadomym konsumentem. Chociaż produkujemy jeden worek plastików miesięcznie - czemu winne są opakowania po nabiale i napojach. 

Jednym z największych wyzwań jest ograniczenie kosmetyków, a właściwie kosmetycznej chemii i plastiku. Do tego postu chciałabym wrócić za rok - sfotografować kosmetyki raz jeszcze i cieszyć się tym, że jest ich mniej - mniej plastiku, mniej wydanych pieniędzy, mniej zachodu. 
No więc tak właśnie wygląda moja kosmetyczka. 



Wygrzebałam absolutnie wszystkie moje kosmetyki, które mam w domu. I okazało się, że lakieru nie używam, odkąd odrosły mi włosy, przelanej do innej butelki oliwki dla dzieci nie używam, za to pomaga mi odkleić niesforne cenówki. Tonik, resztka olejku do demakijażu, mgiełka do ciała, odżywka w spraju. Mam dwa lakiery bezbarwne nawet raz nie użyte. 

Z kolorówek jestem za to bardzo zadowolona (oprócz różu) - te małe okrągłe słoiczki to cienie mineralne. Używam też eyelinera, tuszu do rzęs (jeden na wykończeniu), mydła Alterra, kremu do rąk i carmexu. 
Na siłę zużywam resztki. Nie wiem, po jakie licho mi tyle maseczek do twarzy! 
Na dzień mam lekki krem, z którego jestem zadowolona, używam podkładu, od wielkiego dzwonu pudru. Na noc przeważnie stosuję oleje (zaczęłam rycynowy, ale nie ma go na zdjęciu). 

Mam nadzieję, że za rok o tej porze 1/2 produktów ze zdjęcia będzie wspomnieniem. Widzę tu kilkanaście rzeczy, które zużyję, ale już nie kupię. 

Chyba znów pora na zmianę nazwy bloga :D
Share:

Domowy antyperspirant, czyli jedno z wielu zastosowań sody oczyszczonej.

Sodę kupuję przeważnie w dużych opakowaniach, bo zużywam jej bardzo dużo. Niedawno trafiłam na opisy domowej roboty dezodorantów, właśnie na bazie sodki. Używam takiego dezodorantu już tydzień i sprawdza się porównywalnie z tym w sztyfcie. Ma miłą konsystencję i przyjemny zapach, w moim przypadku dodałam kilka kropel olejku lawendowego. 

Używam - z przerwami - również pasty do zębów na bazie sody. Ma prosty, niechemiczny skład, a trzymam ją w maleńkim szklanym słoiczku, czyli - nie używam plastiku. Pasta ma miły posmak świeżości, co zawdzięcza olejkowi miętowemu. Używam jej, jak już napisałam, naprzemiennie z kupną, ponieważ nieco obawiam się o szkliwo.

Soda (wodoroweglan sodu) jest niemalże panaceum na wszystko. Sodę można kupić w małych opakowaniach oraz w opakowaniu kilogramowym. Przyda się w każdej kuchni i nie tylko. O sodzie napisano setki artykułów, ale ja pokrótce chciałabym Wam przybliżyć kilka zastosowań, które są przeze mnie wypróbowane.
  1. Pasta do czyszczenia. Należy jedynie wymieszać sodkę z wodą, by powstała gęsta pasta - taką mazią myjemy garnki, kubki z osadu od herbaty, sztućce, baterię przy zlewie, słowem wszystko do czego moglibyśmy użyć pasty. W domu używamy również pasty bhp do ciężkich zabrudzeń. Pastę do czyszczenia można zrobić również ze skorupek jaj, ale o tym następnym razem.
  2. Jako środek na dolegliwości. Od płukanki na nieświeży oddech i ból gardła do picia jako eliksir na nadkwasotę. Przy okazji chciałabym polecić bizmut na rany – to taki żółty proszek, który sprzedawany jest w aptece w maleńkich opakowankach. 
  3. Do wypieków, zamiast proszku do pieczenia. Tylko pamiętajmy, kiedy używamy sody, dajemy jej o połowę mniej niż proszku, a także do pankejków dodajemy coś kwaśnego, np. troszkę kefiru, czy kilka kropel soku z cytryny.
  4. Do czyszczenia kuwety i klatki np. chomika. Jest bezzapachowa i nie ma w niej niczego, co mogłoby zwierzęciu zaszkodzić. Dodatkowo pochłania przykre zapachy.
  5. Do prania na plamy jako proszek lub pasta, lub do wybielania firanek. 
  6. Jako pochłaniacz zapachów do lodówki. Wystarczy nasypać do miseczki i postawić na jednej z półek w lodówce. W podobny sposób można odświeżyć wkładki do butów - zasypujemy je na całą noc, a rano wystarczy strzepnąć i włożyć powrotem do butów. (Jeśli mamy niedobrą, niesmaczną lub przeterminowaną herbatę liściastą, można ją zapakować do kawałka materiału, np. gazy i również włożyć do butów, co również je odświeży.)  
  7. Do pozbycia się pestycydów ze skórek warzyw i owoców: do miski wlewamy wodę oraz kilka łyżek sody (1 łyżka na 1 litr), wkładamy warzywa i owoce na kilka minut. Słomkowa barwa wody świadczy o użytych pestycydach. 
  8. Do domowej roboty kosmetyków:
  • metoda no-poo (czyli mycie włosów roztworem sody z wodą i spłukiwanie ich roztworem octu jabłkowego, lub dodatek do szamponu, który ma za zadanie głęboko oczyścić włosy i skalp (często dodaję do mycia skalpu właśnie łyżeczkę sody zmieszaną z porcją szamponu, metody no-poo próbowałam, ale moje włosy koszmarnie to zniosły),
  • pasta do zębów wraz z olejem kokosowym i olejkiem miętowym (lub goździkowym, który jest antybakteryjny), można używać wymiennie ze zwykłą pastą, ale nie za często, ponieważ jest obawa starcia szkliwa,
  • domowy antyperspirant - gęsta pasta z oleju kokosowego lub masła shea, oraz skrobi ziemniaczanej i ulubionego olejku zapachowego, 
  • maseczka oczyszczająca - dokładnie taka sama jak do mycia naczyń, lub też parówka oczyszczająca,
  • kule do kąpieli z sody, kwasku cytrynowego i oleju,
Tak na koniec z innej beczki: od pewnego czasu zbieram słoiki i butelki (np po sokach). Olśniło mnie w tej materii, bo szukałam alternatywy dla mojej, niestety przeciekającej, butelki filtrującej. Takie eko-butelki są koszmarnie drogie i wydają mi się lekką przesadą. Odkryłam, że mam butelkę po półlitrowym soku jabłkowym, która doskonale się sprawdza jako prawdziwie zerowasteowa butelka na wodę. I to nie za 60 złotych, a za jakieś 3,20zł. 



I już na sam samiutki  koniec mam do Was pytanie - jak, a dokładnie w czym mrozicie mięso? Ja się tu mocno biję w pierś, bo w strecz, ale wyczytałam, że można w pojemniki wielorazowe.
Share:

Grubaśne skarpety

Wszyscy prezentują wiosenne nowości, a ja jak zwykle w poprzek ;) Jestem zmarzluchem i lubię dobre, grube skarpety. Mam kilka motków włóczki Phildar Tweedy w cudnym, turkusowym kolorze. Oprócz skarpet (niecały motek 50 gramowy na jedną skarpetkę), chcę zrobić rękawiczki do kompletu oraz beret lub czapkę. 
Miałam problem z piętą. Właściwie zapomniałam jak się ją wykonuje! Ostatnie skarpety robiłam 10 lat temu. 
Wykończyłam je szydełkiem, bo nie przepadam za ściągaczami, marzyły mi się jakieś proste lamówki, ale zdecydowałam się na mały wyszywany wzorek.
Są wygodniejsze niż wyglądają. Oczywiście Mały też zamówił. Ma taka stopę jak ja, więc będzie tyle samo oczek (na wypadek, jakby mnie skleroza wzięła, to tu oficjalnie zapisuję, że oczek jest 34).


Share:

Balkon - balustrada z bambusa DIY

Nasz balkon doczekał się nowej balustrady. Zrobiłam ją całkowicie sama. Koszt? Niemal zerowy - poniosłam jedynie koszt drutu.  No i dokupiłam doniczki.
Bambus mieliśmy w ogródku. Wystarczyło go ściąć, przesuszyć, wybrać co prostsze kawałki i posplatać razem tworząc matę. Powolnie mi szło, bo matę skręcałam ręcznie. Ale kiedy wreszcie mata była gotowa i powiesiłam doniczki z bratkami - wszystko zaczęło do siebie pasować. 
Oczywiście latem wszystko będzie zupełnie inaczej, bo z boku rośnie cudna winorośl, no i czekam na koniec... wiecie czego; chcieliśmy kupić dwa składane krzesła i malutki stoliczek na balkon. Ale na razie wynosimy krzesełka z domu. No i marzy mi się mała markiza nad balkonem.
Nie umiałam znaleźć niestety zdjęć przed: na balustradzie była brudno-żółta falista pleksi.  


Share:

Less waste - garść przemyśleń


Właściwie rok temu założyłam bloga o tej tematyce. Ale na krótko, bo zaczęłam redukować swoją bytność w wirtualu do minimum. A skoro adres bloga to... sprawy domowe, więc pozwolę sobie wtrącić trzy grosze z zupełnie innej beczki. 

Jestem oszczędna. Tak zostałam wychowana. Jednakże na moje dorastanie przypadł czas kolorowych reklamówek, a potem nastała cała masa wszystkiego. Pamiętam jeszcze wielorazowe siatki i produkty pakowane w papier (mięso również). Owoce i słodycze, jak to w dzisiejszych czasach tylko na targach czy odpustach pakowane były do papierowych toreb, które... potem się chowało, by samemu coś potem przechować. 

Szafa:


Jestem właściwie ubraniową minimalistką. W sumie mam kilka ulubionych ubrań, a z roku na rok moja szafa się coraz bardziej kurczy. Moje ostatnie zakupy ubraniowe były secondhandowe: kupiłam dwa swetry, zarąbistą białą lnianą koszulę, supermodny płaszcz w pepitkę i małą listonoszkę. Planowałam tylko w tym roku zaopatrzyć się w jeszcze jedną-dwie lniane góry, jeśli zobaczę jakąś świetną sukienkę, też bym wzięła, i z musu potrzebuję spodni (te akurat miałam kupić w sklepie, bo mam swoje upodobania co do dołów). I tyle. 

Butów mam 12 par, ale chodzę w połowie (reszta to np. szpilki, śniegowce, etc). Ubrania mieszczą się w dwóch szufladach i połówce szafy. 

W ratowaniu garderoby przydaje się golarka do ubrań. Kiedyś ratowałam je maszynką jednorazową, ale w zeszłym roku kupiłam niedrogą w markecie. 




Kuchnia. 


Oczywiście z kartką w ręku planuję posiłki i wydatki. Lista to podstawa. Używam aplikacji Listonic, a jeśli to mąż robi zakupy, wysyłam mu smsa (bo ma tendencje do zapominania listy).

Jemy mało mięsa (ja wcale) - chłopaki tylko pierś z kurczaka i od czasu do czasu spagetti. Jemy za to dużo kasz i ryżu z warzywami. Dużo jaj. Lubię domowe sushi. Piekę pizzę, od czasu do czasu chleb czystoziarnisty, chlebek bananowy, na szybko wyczarowuję naleśniki i pankejki. 

W tym tygodniu nastawiłam zaczyn na żurek, wiadomo – na święta. 

Zarządzanie resztkami z kuchni wygląda tak:
  • To, co da się jeszcze zjeść, jemy (np. w potrawce, z jakiem na patelni, etc.),
  • Skorupki od jajek myję, ścieram w moździerzu i dodaję np. do ziemi, bądź lądują w kompostowniku, jest mnóstwo zastosowań skorupek, jeśli chcecie, mogę o tym napisać, 
  • Dajemy jeść chomikowi - ostróżki od marchewki, resztki jabłka, etc,
  • Czerstwy chleb jemy w zapiekankach, francuskich tostach, odsmażony na patelni na masełku, robię z niego grzanki do zupy,
  • Obierki od ziemniaków wygotowuję i robię inhalację, bo to dobry sposób na zatoki, ale przeważnie po prostu dobrze szoruję skórkę i ziemniaki zapiekam w piecyku (w niedzielę robię potrawkę w piekarniku w naczyniu żaroodpornym, a pod spodem rumienią się ćwiartki ziemniaka z rozmarynem). W planach czipsy z obierek. 
  • Resztki (dupki) np. marchewki czy pietruszki wsadzam do ziemi – zawsze jest z tego chociaż listeczek.
  • Pestki idą do ziemi. Mam już liczi, czerymoję i awokado. 
Przestałam wypróbowywać dziwne przepisy, bo potem buteleczki przeterminowanego czegoś stały przez lata w lodówce i patrzyły z wyrzutem za każdym razem, jak mój wzrok na nie padł. A żal było wyrzucą. Kupuję tylko to, co wiem, że zużyję. 




Zamiast kupować, staram się robić sama – tak jak tę osłonkę. Jeśli coś da się naprawić, naprawiam. Uwielbiam wszystko, co stare, więc odnawiam również stare meble. Obrusów nie kupuję, bo mam od mamy. Poszewek nie kupuję, bo sama szydełkuję. Jeśli coś muszę kupić, staram się, żeby to było dobrej jakości, bo jak mówi stare porzekadło “tanie psi mięso jedzą” (czy jakoś tak). 

Domowa chemia u mnie to w dużej części soda oczyszczona. Odświeżacz powietrza to resztka wódki ze świątecznego bigosu z olejkiem lawendowym w atomizerze. 

Zbieram słoiki. Kiedy mam plastikowe opakowanie od serka, staram się w nim coś wyhodować (i to nie pleśń, tylko np. rzeżuchę).   

Mam ulubiony termos (400 ml), w którym biorę kawę na wynos lub zupę w zimne dni do pracy. Można w nim przechowywać lody. 


Makrama z resztek sznurka. Ekspresowa robota i ozdoba za darmo ;)

Ostatnie zmiany:


Kupiłam szampon w kostce – jeszcze czeka na pierwsze użycie. Mam gąbkę naturalną, ale jestem z niej średnio zadowolona, bo jest zbyt ostra. Ciało myje mydłem Alterra. Mam zamiar zrobić woskowijki, a kiedy będzie sezon, porobię przetwory. Mam zasadzone (na razie w domu) ziemniaki, ale kolejna partia czeka na koniec przymrozków: będę miała poletko 4mx4m, gdzie mam zamiar posiać marchew, buraki, groszek, dynie i ziemniaki właśnie, a pomiędzy marchew można wsiać rzodkiewkę. Moje papryczki mają po kilka centymetrów, a te nasiane później jeszcze nie wzeszły, ale jestem dobrej myśli. 



Nad czym się zastanawiam?


Widziałam fajny dezodorant w kremie w metalowej puszce. Nie wiem, czy jest tak wydajny jak ten w sztyfcie, ale poczytam. W lecie używam jeszcze (dodatkowo, a nie zamiast) kamienia, ale nie jako samodzielny dezodorant nie zdaje egzaminu. 

Upatrzyłam sobie również zestaw do mycia naczyń, ale na razie jestem uziemiona, a sklep, w którym widziałam zestaw raczej nie działa. 

Kubeczek menstruacyjny. Chyba przestałam się go bać, ale czy zda egzamin? Szkoda, że tampony są pakowane do plastikowych owijek, bo na razie to chyba najlepsza i najhigieniczniejsza forma. 

Czego mi się nie udało osiągnąć?


Nadal dużo plastiku produkujemy: opakowanie po serach, które wcina małżon, po serkach tutti, które lubi Młody, po mleku, mięsie. Chciałabym też częściej bywać na targu warzywnym, bo chcę kupować świeże warzywa bez plastiku (te ostatnie marcheweczki, mmmm, chrupiące takie mniam! A z natki zrobiłam pesto!). 

Za to zredukowaliśmy zmieszane o połowę, bo mamy kompostownik.

Podzielcie się sprawdzonymi sposobami na zero waste i less waste. 
Share:

Osłonka na doniczkę ze sznurka

W ferworze pielęgnacji roślin (no bo co innego można robić będąc praktycznie cały dzień w domu) wyczarowałam arcyszybką osłonkę ze sznurka konopnego. Szydełko 5, sznurka poszedł cały kłębuszek za niecałe trzy złote. Robota to kilkanaście minut!




Wzięłam się za siedzisko i coś tam dłubię z resztek, ale - nie mam czasu! Siedzimy od rana nad lekcjami, zajmuję się projektami i scenariuszami zajęć (pracuję zdalnie), do tego dochodzą zwykłe domowe obowiązki. Na ogródek rzadko wychodzę, bo dopiero wyleczyłam się z zapalenia zatok.
Za to nadrabiam wieczorami czytanie. 

Chciałabym napisać Wam o moim less waste. To chyba w dzisiejszych czasach wymóg, a nie fanaberia, prawda? Chcę własnoręcznie zrobić woskowijki, muszę także dokończyć mini-paryżankę ;) (mini, bo nie starczyło włóczki, he he). Jeśli interesuje Was temat, dajcie znać. Pozdrawiam Was cieplutko!


Share:

Szydełkowy beret

Półtora roku "robiłam" sweter. "Robiłam", bo tak naprawdę większość czasu leżał jako niezszyta robótka. Kiedy przód, tył i rękawy były gotowe w 90% niedoszły sweter sprułam i zwinęłam włóczkę w trzy duże motki.
Z części włóczki powstał beret na podstawie tutorialu Sweetland (tu), a pozostała część będzie długaśnym szalikiem.


Share:

Moja pierwsza chustka i szalik zero waste

Pewnie jest jakiś hasztag na wełniaste zero waste. Postanowiłam wykorzystać do samego końca włóczki, które mi zalegają w pudełkach. Powstała chustka i szalik. Słucham sobie audiobooków i dłubię wieczorami kolejne rzędy. Z resztek resztek powstanie kolejna motanka. Aż w schowkach na włóczkę nie zostanie nic (i znowu będzie można kupować ;)











Share: