Lunchbox #1 Potrawka z kaszy jaglanej z pieczonymi buraczkami

Z resztek po kulaniu roślinnych klopsów zostało mi sporo pora i kaszy jaglanej. Postanowiłam coś z tego zmontować. Staram się w kuchni minimalizować straty i zużywać wszystko do ostatniej kapeczki. 29 września obchodziliśmy drugi Światowy Dzień Walki z Marnowaniem Jedzenia. Z każdej strony biją statystyki, ile per capita marnuje się żywności. Zapewne wiele z Was prowadzi, podobnie jak ja, kuchnię oszczędną, a więc i zero waste (lub przynajmniej less waste).


Od czasu do czasu na instagramie pokazuję, co tam aktualnie zabieram do pracy. A jest tego niekiedy sporo, bo większość posiłków jem właśnie w pracy - rano skyr z dodatkami, koło jedenastej coś pożywnego, a potem obiad. W domu lekka lekka kolacja wystarczy. (Plus jakiś owoc, przekąska, itd).

Lubię potrawy jednogarnkowe i takie, które dobrze smakują na drugi dzień. Mam dla Was taki przepis a la "coś z niczego".

Na początek - buraczki: piekę je w folii w piecyku, w całości. Około godzinę na 180 stopni (nie mam termoobiegu). Są wspaniałym dodatkiem do sałatki, obiadu, a nawet humusu. Rewelacyjnie smakują z mozzarellą i octem balsamicznym!

Kaszę jaglaną gotuję na kilka dni - przeważnie szklanka suchej kaszy, dobrze przepłukanej, starcza na dwie potrawy (dla dwóch osób).

Cieciorkę kupuje w słoiku - jest od razu gotowa do spożycia. Zostało mi około 1/3 słoiczka, bo robiłam ostatnio humus i część czekała w lodówce na swoją kolej.

Składniki:
* por (u mnie resztka, pokrojona w paseczki)
* liście kaffiru (garść)
* 1/3 słoiczka cieciorki
* 1/2 szklanki kaszy jaglanej
* 1/2 puszki mleczka kokosowego
* 1/3 saszetki sosu tajskiego Thai Holy Basil
* 3 figi


Na oleju podsmażyłam pora z liśćmi kaffiru. Dolałam mleczka kokosowego i sosu tajskiego. Mieszałam aż do rozprowadzenia sosu. Następnie dodałam pokrojone figi, kaszę i cieciorkę, poddusiłam dosłownie chwileczkę i odstawiłam na chłodny palnik.
Po ostudzeniu przełożyłam do pojemnika, pokroiłam buraki, a całość posypałam czarnuszką i płatkami migdałów. 


W ogóle zauważyłam, że większość potrawek robię według tego schematu, zmienia się tylko wkład ;)   I nie ma zmiłuj, zawsze wyjdzie coś dobrego!

Share:

Szalik na drutach

Robiłam go półtora roku, he he. No i w końcu jest! Ma ponad dwa i pół metra. Włóczka Gazzal Baby wool w kolorze bordowym. Taki sam kolor, jak w przypadku mojego profilowego beretu. Druty 4,5, szydełko 3.



 Teraz czekam na przesyłkę - i zaczynam pasujące rękawiczki ;)

Share:

Kordonkowe-love

W kwietniu zamówiłam sporo kordonka - Aria 5. Bawełniany, nie za cienki, śnieżnobiały. W sam raz do domowych projektów. Używam starego szydełka, które dostałam od mamy; nie umiem robić szydełkami akrylowymi po strasznie skrzypią, wolę metalowe (drewnianym ani bambusowym jeszcze nie robiłam, ale przypominam sobie, że dość grube szydełko mama dostała od taty - wystrugał po prostu z kawałka drewna). Szydełko ma oznaczenie C.F.I 8, czyli 0,9 mm w dzisiejszej klasyfikacji. 

Zaczęłam robić zawieszki i dokończyłam firanki do wewnętrznych drzwi. Blokuję na kawałku styropianu, a żeby zachowało kształt psikam lakierem do włosów (eksperymentowałam z krochmalem, ale straszny kicior mi wyszedł i robótka stała jak polana betonem).


Zawieszka, którą dostała moja mama na Zajączka.

Jak widać, spodobało mi się robienie zawieszek ;)

Firanki z chwościkiem (jak ja lubię słowo "chwościk";)

W międzyczasie zbieram pomysły na zazdrostki do kuchni i na kapę na łóżko, a także duże łapacze, bo kupiłam także kółka. 

Na moim Insta możecie zobaczyć, że schematów nie drukuję, tylko je... przerysowuję. Potem wykreślam ołówkiem rządki, żebym nie zrobiła dwa razy tego samego (i rysuję strzałki, z której strony "jadę" z robótką).

 

Share:

Przemalowany rönnskär

W poprzednim poście wspominałam o zamówieniu regału rönnskär z Ikei. Od tamtego momentu wiele wody w rzece upłynęło. Czas po świętach był dla nas mało łaskawy: przeszliśmy covid, zmarł również tata męża. 

Teraz mamy w domu dosłownie demolkę, bo jesteśmy w trakcie remontu generalnego. Postępy pokazuję na stories na Insta. 

Nie dokucza mi już ból stawów (w kwietniu byłam w trakcie kilku robótek, ale covid "padł mi" między innymi na stawy, które dość długo mnie bolały). Dzisiaj skończyłam sweterek z Phildar i część zazdrostki, a jutro może podłubię firanki do mojej nowej kuchni.

Farbę pewnie poznajecie - to mój ulubiony zgaszony błękit z Duluxa. Efekt przerósł moje oczekiwania. A w połączeniu z kocykami i poduszkami to już w ogóle bajka, że tak nieskromnie przyznam.




Share:

Wianki i pisanki

Naoglądałam się śliczności na Insta i zachciało mi się upleść wianek. Uplotłam aż dwa - jeden większy, drugi nieco mniejszy - jeden wisi przy wejściu, drugi w przedpokoju. Bluszcz mam z ogródka, a splotłam go drutem z kompozycji kwiatowych.


Wysiałam również owies wielkanocny i wsadziłam gałązki jabłoni do wody. 



W międzyczasie robię zazdrostkę, przesadzam kwiaty, robię omlety i bawię się ze świnkami morskimi. Przygotowuję dom na wiosnę - ogarniam, sprzątam, kupuję farbę, zamawiam meble (regał RÖNNSKÄR na koce i kapy do przedpokoju) i tp. 

A tu już pomalowane drewniane pisanki. Może nie widać, ale są jeszcze pokropkowane białą farbą jak prawdziwe jajka ptasie. Wyglądają jak prawdziwe, aż ma się wrażenie, że zaraz coś ślicznego i puchatego się wykluje :)






Share:

Przegląd szafy - moje zakupowe wtopy

Od declutteringu (czyli odgruzowywania przestrzeni domowej) do minimalizmu i szafy kapsułowej jeden krok. Przynajmniej w moim wypadku. No i może nie od razu do szafy minimalistki, ale bardzo niedaleko. 

Dotychczasowe ogarnianie połączyłam z liczeniem tego, co mam. Wyszło 2-3 razy więcej, niż myślałam. Dało mi to wiele do myślenia. Zaczęłam czytać o slow fashion (już wcześniej znałam to pojęcie z książek Joanny Glogazy), o minimalistycznych szafach. A potem jak w reklamie Old Spice'a: spójrz na blogi, a teraz spójrz na swoją szafę, znowu spójrz na blogi, ponownie spójrz na swoją szafę. Co mi to dało? Niemal znienawidziłam wszystko, co w niej mam. Zbiór pstrokacizny i przypadkowych rzeczy, niepasujących do siebie, starych, zmechaconych do obrzydliwości, poliestrowych, brzydkich i niemodnych. Może 1/3 to ubrania, które lubię, i w których dobrze wyglądam i dobrze się czuję. 

Zaczęłam przeglądać blogi raz jeszcze. Tym razem, nieprześlizgując się po gustownych zdjęciach, a czerpiąc inspiracje i porady. Natrafiłam na bloga purevisions.pl, na którym można znaleźć analizę stylu.
I tak w jeden dzień z garderoby usunęłam kilkanaście rzeczy. Swetry, których nie mogę zajechać, a szczerze nie cierpię, swetry z czystego poliestru, w których się pocę jak mysz, pięćset trzydziesty drugi t-shirt "po domu", randomowe spodnie, itd. I zaczęłam się zastanawiać, co ja na zakupach robię nie tak? 
Moje ubraniowe wtopy:

* pośpiech (nienawidzę chodzić po sklepach, a "oglądanie i przymierzanie" uważam za przedsionek piekła. Mój ostatni zakup w sieciówce to były spodnie. Złapałam pierwsze lepsze dżinsy, byle pasowały. I co kupiłam? Spodnie z wysokim stanem, podczas kiedy preferuję niski, bo nie mogę się dopiąć, przetarcia, podczas kiedy nienawidzę przetarć, dziur i dżetów, oraz jasny błękit, a mnie dobrze tylko w ciemnych dołach!)

* brak asertywności (chociaż się na to coraz bardziej uodparniam, to kiedy pani w sklepie mówi, że w czymś dobrze wyglądam, to musi tak być, bo to przecież specjalistka, tak? Otóż nie zawsze - i dzięki takim specjalistkom "wzbogaciłam się" o dwa płaszcze o numer za duże, a stylem dla statecznej pańci, a nie dla mnie - wolę krój młodzieżowy, i jest mi w nim dobrze)

* chęć wpasowania się w standardy (jestem kobietą, ergo muszę mieć szpilki, jestem kobietą=potrzebuję torebek do ręki. No więc, nie bardzo: najlepiej się czuję w półbutach i z plecakiem bądź listonoszką. Zaliczyłam wtopy w postaci damskich torebek i szpilek za chore pieniądze, które teraz próbuję usilnie sprzedać)

* słuchanie życzliwych (nie twierdzę, że zawsze czyjeś porady są złe, ale wtopiłam swetrem za tyłek - jestem niska i nie mam spektakularnego wcięcia, więc ten styl nie jest dla mnie)

* kiedyś to nosiłam, teraz też będzie dobre (otóż nie zawsze: kiedyś nosiłam się na czarno, teraz w czarnej górze wyglądam smutno i bezbarwnie)

* to tylko kilka złotych, w razie czego ponoszę w domu.

Pilnuję się, żeby nie wpaść w pułapkę: wyrzucić wszystko---> nie mieć w czym chodzić--->kolejne zakupy. Zaczęłam myśleć nad zestawami. Jestem w trakcie robienia listy rzeczy, które zawsze chciałam mieć, i które będą pasowały do reszty. Określam swoje ulubione modele/kroje/kolory/materiały. Na razie oczyszczam przestrzeń: ubrania posegregowałam do worków - jeden to rzeczy do sprzedania/oddania, drugi to rzeczy do wyrzucenia/na szmatki. Czy planuję zakupy w najbliższej przyszłości? I tak, i nie. Po pierwsze, jestem zaopatrzona w konkretną wiedzę i listę tego, czego szukam, po drugie, nie będę szukała w sieciówkach, a zamówię w sieci, tak jak w zeszłym roku, kiedy odkryłam cudną odzież lnianą w Polem po len. 




Share:

1000 rzeczy mniej w 2021 roku

1000 rzeczy mniej w 2021 roku. Wydaje się nieprawdopodobne, prawda? Tysiąc. Nie dwie, nie osiemdziesiąt. Cała masa!

Helena, pomysłodawczyni wyzwania, zarazem autorka bloga i insta "Rozsądny minimalizm" dowodzi, że można. A w wyzwaniu po raz kolejny bierze udział duża grupa początkujących minimalistów. 

Przyłączyłam się i ja. Pomyślałam: eee, przepatrzę szuflady i  może troszkę ubrań, a ogólnie mam super porządek. No i tu się jednak deczko rozminęłam z prawdą. 

 

Zaczęłam oczywiście od szuflad: siedem szuflad, w tym ta z lekami, uświadomiły mi, że żadna ze mnie minimalistka. Następnie pozbyłam się 30 sztuk ubrań (znoszona bielizna, ostatki poliestrowej garderoby, itp.). Pokój syna to była kopalnia "skarbów". Po trzech dniach na "liczniku" miałam już 230 rzeczy (licząc drobne papiery jako jeden):

30 - zniszczone ubrania

70 - niepiszące i przerywające długopisy, nietemperujące temperówki, rozmazujące gumki, plastikowe i gumowe zabawki (sama drobnica), wreszcie zeszyty sprzed kilku lat. Przy okazji znalazłam zatyczkę do pen drive'a, starą grę, puste pudło po złożonym robocie, ale też kilka piszących piór i długopisów, jeden fajny notes. 

100 - poszły stare zakładki, jakieś bliżej nieokreślone dupersztyce, karty klubowe, karty rabatowe.
No i... dużo muzyki i filmów. Na cd, kasetach, dvd. Część oddaję (te lepsze odłożyłam), a część, np kasety przegrywane dwadzieścia parę lat temu idą pa pa.

30 - suche kwiaty (tylko przyciągały tony kurzu), plastikowe sztućce (skąd?!), stara zepsuta i zdekompletowana sztuczna biżuteria, wsuwki bez kuleczki (już nigdy nie wyrwą mi włosów!), pudełko po kalendarzu lego, kartki okolicznościowe, kredki i flamastry (oddane), instrukcje obsługi, duże etui do płyt CD, resztki pióra wiecznego, które mi popękało, puszki po ciastkach, ozdoby halloweenowe, popękana i zdekompletowana porcelana, reklamówka na kwiaty, drobnica (breloczki, etc.), zabawki pluszowe (oddane), zaschnięta plastelina, wizytówki, nieudane diy, kolejne papiery, stare gazety, menu, ulotki, xero, opakowania, zaproszenia, foldery, paragony, karty sim.

Nawet weszłam na strych i usunęłam z niego większość pudeł. 

W czasie porządków odkopałam pamiątki (pierwsze synkowe zabawki, moje ubranka do chrztu), dobry gramofon (który przytaskałam do drugiego pokoju i słucham Sinatry - chociaż w sypialni mam radiolę z gramofonem), dwie butelki własnoręcznie robionego wermutu (chyba z 8-10 lat tamu), fajne puzzle i stary kubeczek z krasnoludkiem.  

Resztę podzieliłam na odrębne kupki:

* do sprzedania (ubrania na vinted, książki na olx, kieliszki do wina na olx)

* do oddania (na olx, Uwaga, śmieciarka jedzie, do przedszkola i biblioteki)

* gabaryty i elektrośmieci

* śmieci (osobno plastik, zmieszane i papier)

Do przejrzenia mam jeszcze kilka pudeł. Sukcesywnie także dodaję rzeczy na Vinted (jako Yarn Heart). Rzeczy do sprzedania/oddania pewnie będę wystawiała do maja, bo dość tego dużo. 

Przy tym całym porządkowaniu taka mnie smutna refleksja naszła.  Ile człowiek nagromadzi! Nawet nie rzeczy specjalnie wartościowych, co takich zupełnie randomowych. Obrastamy tym, oblepiamy się. Myślałam, że mam mało. Mało kosmetyków, mało ubrań, mało butów. Ale ta mnogość rzeczy, które już usunęłam i które mam w planach oddać czy sprzedać to jakieś nieporozumienie. Niektórych rzeczy moje oczy nie oglądały nawet kilka lat, i nawet za nimi nie zatęskniłam. Wręcz byłam zdziwiona, że jeszcze je mam!

Plus jest taki, że kupuję naprawdę mało. W tym roku pudełko na chusteczki higieniczne do łazienki, ramki do rycin i siedzisko na krzesło. W planach mam jeszcze pudełko na patyczki do kompletu, oraz nowe sitka do cukru pudru. 

Bierzecie udział w wyzwaniu? Jak u Was z minimalizmem?  

Share: