Przegląd szafy - moje zakupowe wtopy

Od declutteringu (czyli odgruzowywania przestrzeni domowej) do minimalizmu i szafy kapsułowej jeden krok. Przynajmniej w moim wypadku. No i może nie od razu do szafy minimalistki, ale bardzo niedaleko. 

Dotychczasowe ogarnianie połączyłam z liczeniem tego, co mam. Wyszło 2-3 razy więcej, niż myślałam. Dało mi to wiele do myślenia. Zaczęłam czytać o slow fashion (już wcześniej znałam to pojęcie z książek Joanny Glogazy), o minimalistycznych szafach. A potem jak w reklamie Old Spice'a: spójrz na blogi, a teraz spójrz na swoją szafę, znowu spójrz na blogi, ponownie spójrz na swoją szafę. Co mi to dało? Niemal znienawidziłam wszystko, co w niej mam. Zbiór pstrokacizny i przypadkowych rzeczy, niepasujących do siebie, starych, zmechaconych do obrzydliwości, poliestrowych, brzydkich i niemodnych. Może 1/3 to ubrania, które lubię, i w których dobrze wyglądam i dobrze się czuję. 

Zaczęłam przeglądać blogi raz jeszcze. Tym razem, nieprześlizgując się po gustownych zdjęciach, a czerpiąc inspiracje i porady. Natrafiłam na bloga purevisions.pl, na którym można znaleźć analizę stylu.
I tak w jeden dzień z garderoby usunęłam kilkanaście rzeczy. Swetry, których nie mogę zajechać, a szczerze nie cierpię, swetry z czystego poliestru, w których się pocę jak mysz, pięćset trzydziesty drugi t-shirt "po domu", randomowe spodnie, itd. I zaczęłam się zastanawiać, co ja na zakupach robię nie tak? 
Moje ubraniowe wtopy:

* pośpiech (nienawidzę chodzić po sklepach, a "oglądanie i przymierzanie" uważam za przedsionek piekła. Mój ostatni zakup w sieciówce to były spodnie. Złapałam pierwsze lepsze dżinsy, byle pasowały. I co kupiłam? Spodnie z wysokim stanem, podczas kiedy preferuję niski, bo nie mogę się dopiąć, przetarcia, podczas kiedy nienawidzę przetarć, dziur i dżetów, oraz jasny błękit, a mnie dobrze tylko w ciemnych dołach!)

* brak asertywności (chociaż się na to coraz bardziej uodparniam, to kiedy pani w sklepie mówi, że w czymś dobrze wyglądam, to musi tak być, bo to przecież specjalistka, tak? Otóż nie zawsze - i dzięki takim specjalistkom "wzbogaciłam się" o dwa płaszcze o numer za duże, a stylem dla statecznej pańci, a nie dla mnie - wolę krój młodzieżowy, i jest mi w nim dobrze)

* chęć wpasowania się w standardy (jestem kobietą, ergo muszę mieć szpilki, jestem kobietą=potrzebuję torebek do ręki. No więc, nie bardzo: najlepiej się czuję w półbutach i z plecakiem bądź listonoszką. Zaliczyłam wtopy w postaci damskich torebek i szpilek za chore pieniądze, które teraz próbuję usilnie sprzedać)

* słuchanie życzliwych (nie twierdzę, że zawsze czyjeś porady są złe, ale wtopiłam swetrem za tyłek - jestem niska i nie mam spektakularnego wcięcia, więc ten styl nie jest dla mnie)

* kiedyś to nosiłam, teraz też będzie dobre (otóż nie zawsze: kiedyś nosiłam się na czarno, teraz w czarnej górze wyglądam smutno i bezbarwnie)

* to tylko kilka złotych, w razie czego ponoszę w domu.

Pilnuję się, żeby nie wpaść w pułapkę: wyrzucić wszystko---> nie mieć w czym chodzić--->kolejne zakupy. Zaczęłam myśleć nad zestawami. Jestem w trakcie robienia listy rzeczy, które zawsze chciałam mieć, i które będą pasowały do reszty. Określam swoje ulubione modele/kroje/kolory/materiały. Na razie oczyszczam przestrzeń: ubrania posegregowałam do worków - jeden to rzeczy do sprzedania/oddania, drugi to rzeczy do wyrzucenia/na szmatki. Czy planuję zakupy w najbliższej przyszłości? I tak, i nie. Po pierwsze, jestem zaopatrzona w konkretną wiedzę i listę tego, czego szukam, po drugie, nie będę szukała w sieciówkach, a zamówię w sieci, tak jak w zeszłym roku, kiedy odkryłam cudną odzież lnianą w Polem po len. 




Share: